środa, 26 maja 2010

Babia Góra - 1 maja 2010 roku

Tam na dole zostało
Wszystko to, co cię męczy.
Patrząc z góry wokoło
Świat wydaje się lepszy.

Pamiętam, że kiedyś już byłam w Zawoi, widziałam Babią Górę. Czy na nią weszłam? Nie pamiętam. Ale wiem, że zapragnęłam zdobyć ten szczyt. Tak więc już w lutym zarezerwowałam noclegi w Zawoi na majowy weekend, który w tym roku, niestety, nie był aż tak długi.
Zacznijmy od początku. Babia Góra leży w zachodniej części Beskidu Żywieckiego, czasem zwanego Orawskim. Jej 1725 m n.p.m. pozwala ją uplasować na drugim miejscu, jeśli chodzi o wysokość szczytów w Polsce. Babia Góra z jednej strony jest ograniczona Przełęczą Jałowiecką, a z drugiej Przełęczą Lipnicką.

1 maja wita nas deszczową pogodą. Na szczęście koło godziny 10.00 opady ustają, więc jedziemy na parking do Markowej, by stamtąd ruszyć na szlak. Z budki w Markowej do schroniska na Markowych Szczawianach prowadzi szlak czerwony, będący jednym z etapów Głównego Szlaku Beskidzkiego. Już na samym dole dowiadujemy się, że żółty szlak, tzw. Perć Akademików, jest jeszcze zamknięty. No trudno, może jednak uda się nim wejść, jeśli wyżej nie będzie dużo śniegu. Tak więc ruszamy. Pierwszy przystanek robimy sobie w małej wiacie. I tu zaczynają się schody, gdyż zaczyna mnie boleć głowa. A z każdym krokiem wyżej ból jest nie do wytrzymania. Tak więc idziemy wolnymi kroczkami, robiąc co chwilę przerwy i mając nadzieję na to, że w końcu ktoś będzie miał tabletkę przeciwbólową (zdobyłam ją dopiero w schronisku). Kolejny przystanek robimy jakieś 5 minut od schroniska, nie wiedząc, że ono pojawi się za kilka chwil. Wreszcie jest! Jeszcze nigdy tak się nie umęczyłam podczas wchodzenia. Na szczęście tabletka pomogła i potem już nie było problemów z wejściem.


Jesteśmy teraz na polanie Markowe Szczawiny na wysokości 1180 m n.p.m. Jej nazwa pochodzi od źródła wody, zwanej szczawą. Tu, obok schroniska znajduje się GOPRówka (dyżurka GOPR)oraz Muzeum Turystyki Górskiej. Nie odwiedzamy jednego ani drugiego. Pierwsza jest zamknięta, a po klucz do Muzeum trzeba iść do Schroniska. Odnowione Schronisko zostało uroczyście oddane turystom 24 kwietnia tego roku.


Na polanie spędzamy chwilę, a potem ruszamy, zastanawiając się czy iść dalej czerwonym szlakiem i Babią Górę zwaną Diablakiem zdobyć od Przełęczy Brona, czy też iść Percią Akademików, która jest podobno zamknięta. Tuż na początku żółtego szlaku nie ma informacji o tym, że jest on zamknięty i jednokierunkowy. Takiej informacji nie ma także na szczycie, przy wejściu na szlak. Decydujemy się w końcu iść przez Przełęcz Brona, zbadać warunki na górze i w razie co zejść Percią Akademików.

Tuż za samym schroniskiem pojawia się śnieg. Na początku jest go mało, ale jest bardzo mokry i śliski. W niektórych miejscach ciężko jest podejść pod górę. "A jak ja zejdę?" - myślę sobie. Ale zastanawiać nad tym będę się dopiero jak będziemy zmierzać na dół. Zresztą potem będzie jeszcze gorzej. Zatrzymujemy się na Przełęczy Brona, gdzie na chwilę przysiadamy. Widoczność się trochę poprawiła, więc pod nami widać Zawoję, z jednej strony Małą Babią Górę, zwaną Cylem oraz Babią Górę właściwą, czyli Diablak. Teraz już wchodzimy między kosodrzewinę, gdzie na szlaku jest dużo mokrego śniegu. Nam znacznie łatwiej jest iść pod górę, bo przynajmniej tak bardzo się nie ślizgamy. Ale ludzie schodzący ze szczytu mają już gorzej. Zjeżdżają na tyłkach w dół, chwytając się kosodrzewiny. Momentami także się jej chwytam, zwłaszcza mijając się z innymi. Jedno takie minięcie, dłuższe zatrzymanie się w topniejącym śniegu i już mam wodę w butach... A, jeszcze zapomniałam, że spodnie też mam mokre, bo omyłkowo dostałam kulką śniegu.


Im jednak więcej odsłoniętego szlaku, tym śniegu mniej. Na szczycie już go nie było prawie wcale. Za to zerwał się wiatr, który zmusił mnie do założenia kaptura. Pogoda na Babiej Górze jest bardzo kapryśna i w ciągu godziny potrafi się diametralnie zmienić. My, na szczęście trafiliśmy raczej na stałe warunki, które zaczęły się zmieniać dopiero podczas zejścia. Im wyżej jesteśmy, tym więcej chmur mamy pod sobą, które w pewnym momencie zaklinowały się w kotlinie. Już prawie dochodzimy na szczyt Babiej, a na niej pełno ludzi i zimno oraz wietrznie. Chronimy się za murkiem ułożonym z kamieni. W przewodniku czytamy, że ze szczytu rozciągają się piękne widoki na Beskidy i Tatry. Nam nie jest dane dziś wiele zobaczyć, ponieważ widoczność jest ograniczona. Spędzone kilkanaście minut na szczycie i pora schodzić. Którędy? Widzimy, że część osób schodzi szlakiem żółtym, czyli Percią Akademików, więc idziemy za nimi. Nie ma tu żadnego znaku, że ten szlak jest nieczynny - stąd wniosek, że można nim iść :)

Tuż po wejściu na szlak zaczyna padać deszcz, który jednak szybko przechodzi. Nastaje za to śnieg, a w zasadzie dużo śniegu. Kamienne schodki są przysypane białym puszkiem sięgającym za kolana. I wreszcie zaczyna się atrakcja dnia - łańcuchy i klamry :) Śliskie cholernie, tak samo jak śliski pod nimi był śnieg. Przy jednym z nich udało mi się nawet poślizgnąć i spaść, ale na szczęście jedną ręką się przytrzymałam i skończyło się tylko na otarciu nogi i ubrudzeniu spodni. Potem droga jest jeszcze gorsza. Śniegu czasami to już po pas sięga. Ale idziemy, skoro już tu weszliśmy. Co chwilę tylko szukam czegoś, czym mogłabym się przytrzymać. Nie obyło się bez jednego upadku - lądowanie było miękkie. Szlak ciągnie się, końca nie widać, a kiedy docieramy do granicy lasu, łapie nas ulewa, która na szczęście szybko ustaje. Na parking docieramy umorusani i mokrzy.







2 komentarze:

  1. babia, to babia... jak magnes przyciąga... wracać tam, wracać i wracać się chce...

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłem pare dni temu na babiej po raz pierwszy, super miejsce. Też szliśmy przez Perć Akademików:)

    OdpowiedzUsuń