wtorek, 1 sierpnia 2017

Szklarska Poręba - Schronisko pod Łabskim Szczytem - Śnieżne Kotły - Labska bouda - Pancavsky vodospad - Vrbatova bouda- Medvedin - Źródła Łaby - Vosecka bouda - Szrenica - Schronisko pod Łabskim Szczytem - Szklarska Poręba - 24 czerwca 2017


Cel dziś był jeden - zmęczyć się porządnie podczas karkonoskiej wycieczki. Trasa długa, ambitna, ale cel nadrzędny nie do końca zrealizowany, bo tak naprawdę poza podejściem do schroniska pod Łabskim Szczytem zmęczyć nie było się gdzie. I choć pokonałam tego dnia 37 km to czułam się świetnie i gdyby nie naglący czas, szło by się dalej i dalej...
Startujemy w Szklarskiej Porębie. Po pokonaniu około 1 km drogi przez miasto tuż obok Muzeum Mineralogicznego skręcamy w żółty szlak prowadzący do schroniska pod Łabskim Szczytem. Wbrew zapowiadanym optymistycznym prognozom pogoda na razie taka nie jest. Chmury są dość nisko, mgła lekko spowijająca chmury. Ledwo widać Łabski szczyt, a do tego dość silny wiatr. Mam nadzieję na to, że przewieje on chmury i wyjrzy zapowiadane na dziś słońce. Dość szybkim tempem maszerujemy do schroniska pod Łabskim Szczytem


Jednego z moich ulubionych, zwłaszcza ze względu na panujący tu klimat. Położone jest ono na wysokości 1168 m n.p.m. na krawędzi Łabskiego Kotła i roztacza się z niego wspaniały widok na Kotlinę Jeleniogórską. Należy ono do najstarszych w Karkonoszach i powstało już w okresie wojny trzydziestoletniej jako jedna z pierwszych bud pasterskich. Przechodząc obok niego, zawsze się tu zatrzymuję. Dziś tylko na chwilę. Mała przerwa na łyk wody i ruszamy żółtym szlakiem w stronę Śnieżnych Kotłów. Szlak niezwykle piękny, prowadzący zboczem Łabskiego Szczytu, dający piękne widoki na Kotlinę Jeleniogórską, Szrenicę. Z każdym metrem wysokości pięknie poza tym odsłania się Łabski Kocioł ze schroniskiem.
I z każdym metrem wzmaga się wiatr oraz zimno. Prognozy na dziś były inne. Podobno miało nie padać, a tu nad głową ciemne chmury. Może przejdą bokiem ;)
Pierwszy raz w Śnieżnych Kotłach długi zachwyt ustępuje dość szybkiej ewakuacji z tego miejsca. Jest po prostu zimno, a mi się nie chce wyjąć kurtki, choć i tak ostatecznie na chwilę i za chwilę to zrobię ;)

Tymczasem kierujemy się w stronę Labskiej boudy, żółtym szlakiem około 20 minut. Schodzimy już nieco niżej, więc automatycznie robi się cieplej, choć wiatr cały czas doskwiera.  To czeskie schronisko turystyczne położone jest na wysokości 1340 metrów n.p.m., nad górnym obrzeżem doliny Labský důl. W odległości 1 kilometra znajdują się źródła rzeki Łaba. Schronisko położone w ładnym miejscu, niedaleko stąd do Łabskiego czy też Panczawskiego Wodospadu, ale jakoś mnie nie zachwyca. Zachwyt będzie nad Panczawskim Wodospadem, do którego ze schroniska jest niedaleko. Wodospad znajduje się tuż przy czerwonym szlaku prowadzącym do Vrbatovej boudy. Szlak jest niezbyt wymagający, praktycznie prowadzący cały czas po płaskim terenie. Zanim jednak do wodospadu dotrzemy (niecały kilometr do schroniska) po drodze mijamy Ambrozovą vyhlidkę. Jest to punkt widokowy znajdujący się na skałach nad Łabskim Dołem. Widoki stąd przednie. Kawałek drogi stąd czeka jednak większa atrakcja - Panczawski Wodospad. Warto do niego podejść będąc w okolicy, bo to najwyższy wodospad w Karkonoszach. Jego wysokość wynosi 148 metrów, a wysokość kaskad około 250 metrów. Roztacza się z niego piękny widok nad Dolinę Łaby, nad którą góruje Śnieżka. W takim miejscu odpoczynek jest jak najbardziej wskazany. Krótki, by nasycić oczy widokami. Co prawda te na całej trasie dziś nie opuszczają nas ani na chwilę. Idąc dalej czerwonym szlakiem (nieco ponad kilometr drogi) docieramy do Vrbatovej boudy. Po drodze mijamy dość licznie rozsiane na tej trasie rzopiki.


Przy Vrbatovej boudzie zatrzymujemy się na naradę odnośnie dalszej wędrówki. Opcje są dwie: powrót do Szklarskiej Poręby przez źródła Łaby, albo dalsze wędrówka na Medvedin. Oczywiście, druga opcja wygrywa, co wiąże się z dodatkowymi kilometrami na szlaku. Ale przecież Medvedin to też fajna górka i żal nie podejść, będąc tak blisko.
Wracając do Vrbatovej boudy to całkiem przyjemne schronisko położone na wysokości 1400 m n.p.m.. Rok temu byłam tu idąc z Medvedina na Harrachovy kameny. Doznałam wtedy lekkiego szoku, kiedy delektowałam się widokami, sącząc mój ulubiony truskawkowy sok, a za oknem ujrzałam podjeżdżający pod schronisko autobus. Wiem, że Czesi wożą, gdzie tylko się da, ale myślałam, że to miejsce pośrodku Karkonoszy jest wolne od cywilizacji. Tak więc asfaltem, tym samym, którym autobus wjechał do schroniska, idziemy w stronę Medvedina. Połowa drogi to spacer właśnie owym asfaltowym czerwonym szlakiem. Na szczęście potem skręca on w las i schodzi dość ostro w dół, bo Medvedin położony jest na wysokości zaledwie 1235 metrów. Zanim na niego dotrzemy przechodzimy obok całkiem fajnego punktu widokowego - Smidovej vyhlidki. Tu oprócz panoramy na Szyszak, Śnieżkę czy też Lucni horu znajdują się ławeczki i drewniana rzeźba niedźwiadka. Na Medvedin docieramy około 12.30 i musimy czekać do godziny 13, bo akurat wtedy kończy się przerwa w kiosku ze znaczkami turystycznymi (naszymi drewienkami). To dobra pora na kawę.

Medvedin to dość mocno "turystyczna" górka. W zimie sporo tu narciarzy, latem ludzi nie mniej, zwłaszcza, że na szczyt kursuje wyciąg. A na szczycie sporo atrakcji, szczególnie dla dzieci. Widok na Śnieżkę i Szpindlerowy Młyn całkiem niezły. Z Medvedina niestety trzeba wracać tym samym szlakiem. Tym razem jednak pod górkę, by znowu osiągnąć wysokość mniej więcej 1400 m. Na szczęście nie trzeba wracać pod Vrbatovą boudę, bo kilkaset metrów przed nią można wąską, nieoznakowaną ścieżką przejść na żółty szlak, przechodzący obok dawnego schroniska - Jestrabi bouda. Jesteśmy więc na żółtym szlaku prowadzącym w stronę źródeł Łaby. Przyjemny szlak, bardzo widokowy (Śnieżka, Śnieżne Kotły), nie pozwalający się zmęczyć. Do źródeł Łaby mamy jakieś 3 km drogi. W sumie byłam tam już kilka razy, ale zawsze można jeszcze jeden i jeszcze jeden raz ;) Dziś przynajmniej jest tu mniej tłumnie niż zawsze. Przysiadamy na chwilę, a potem kierujemy się w stronę Voseckiej boudy. Trzeba wrócić kawałek (około 300 metrów) zielonym/czerwonym szlakiem w stronę Labskiej louki i potem skręcić w prawo z zielony szlak.On po jakiś 3 km zaprowadzi nas do wspomnianego schroniska. Po drodze mamy widoki głównie na Harrachov.


Vosecka bouda to czeskie sezonowe schronisko położone na wysokości 1260 m n.p.m. Podczas ubiegłorocznej dłuższej wycieczki po Karkonoszach bardzo mi się spodobało, gdyż wewnątrz jest bardzo miła atmosfera, a przede wszystkim nie ma tłumów, jakie są w znajdujących się nieopodal schronisku na Szrenicy. Wystarczy zejść niecały kilometr z czerwonego szlaku prowadzącego ze Szrenicy do Śnieżnych Kotłów, by zaznać ciszy i spokoju. Pomimo długiej trasy czasu mamy dziś wyjątkowo dużo, więc się nie spieszymy. Po wypiciu drugiej tego dnia kawy ruszamy żółtym szlakiem w stronę Mokrej Przełęczy i Szrenicy, zostawiając sobie na powrót Trzy Świnki, dotychczas zawsze przeze mnie omijane (bo na Szrenicę i ze Szrenicy zawsze szłam wytyczoną między kosodrzewiną ścieżką). Szrenica o tej porze raczej pusta. Chyba wyciąg przestał już kursować. Niestety, strasznie wieje. Kilka fotek i trzeba się stąd ewakuować, bo wiatr jest przeraźliwy. Tym razem do schroniska nie wchodzimy (odwiedzone już przecież tyle razy).


Idziemy do Trzech Świnek (Świńskich Kamieni), grupy skał o wysokości 8 metrów. Minąwszy je kierujemy się w stronę Mokrej Ścieżki, która prowadzi nas do Schroniska pod Łabskich Szczytem. Szlak w tym miejscu jest bardzo malowniczy, z widokiem na Szrenicę. Rok temu szłam tym szlakiem podczas marcowego śnieżnego dnia przy blasku zachodzącego słońca. Wtedy kładki, po których szłam były przysypane śniegiem. Dziś dodają one szlakowi uroku. Wędruje się cudownie i aż żal, że niedługo będzie do pokonania ostatni odcinek drogi, czyli ze schroniska pod Łabskim Szczytem do Szklarskiej Poręby. Przez chwilę świata mi jeszcze pomysł, by z Mokrej Ścieżki odbić w stronę Śnieżnych Stawków, tych na których byłam rok temu z Michaśkiem. W tej chwili nie wiem, czemu ten pomysł nie został zrealizowany. Teraz żałuję, bo czasu jeszcze było dość sporo, zwłaszcza, że w Szklarskiej Porębie byłam około godziny 17 :)

 

 











 










 



 


środa, 19 lipca 2017

Andrzejówka - Ruprechticky Spicak - 12 lipca 2017


Kolejny raz na Ruprechticki Szpiczak? A czemu nie?  Zwłaszcza, że czasu niewiele, a chęć do wędrówki duża. Poza tym tak pięknie prezentował się nam na sobotnim zlocie (a wtedy trasa wycieczki go nie obejmowała). Plan wejścia był tym razem z Ruprechtic, ale znów nie wyszedł. Tak więc kolejny raz startujemy z Andrzejówki, do której dojeżdżamy około godziny 16. Jak na nas późno, ale w tygodniu na szczęście panuje tu spokój.
Kierujemy się od razu na szlak. Na jaki? Nie wiem ;) Idę na pamięć. Z tego, co kojarzę to jest to chyba jakiś szlak rowerowy. Droga jest szeroka, bardzo przyjemna. Prowadzi lasem, ale z prawej strony co jakiś czas odsłaniają się widoki, zwłaszcza na Góry Sowie. Po około 30 minutach drogi dochodzimy do Przełęczy pod Granicznikiem. Położona jest ona na wysokości 780 m n.p.m i stanowi obniżenie wcinające się między Granicznika a Ruprechticki Szpiczak. Znajduje się tu węzeł szlaków, mapa oraz wiata turystyczna. W tym miejscu można skręcić w niebieski szlak i przejść kawałeczek lasem, skracając sobie nieco drogę (może o 200 metrów). My jednak idziemy cały czas tę samą ścieżką, która i tak za kawałek łączy się z niebieskim szlakiem. I w zasadzie od tego momentu zaczyna się dość strome podejście na Szpiczak.


 Nie jest jednak tak strome jak na przykład Włostową. Zmęczyć się tak naprawdę chyba nie można. A jeśli ktoś się zmęczy, to czekają na niego na szczycie o wysokości 880 metrów przepiękne widoki. By je ujrzeć nawet nie trzeba wchodzić na znajdującą się  wieżę widokową. Ale z wieży to już widoki bajka. Dziś pomimo tego, że burzowo-deszczowe chmury wiszą nad głowami, to widoki są całkiem niezłe. Wieża powstała w 2002 roku i ma 32 metry wysokości. To dość sporo. Pozwala więc na obserwację bliższych i dalszych górek. Widać między innymi Karkonosze ze Śnieżką, Brumowskie Ściany, Góry Stołowe i oczywiście Góry Suche. Na szczycie pustka, na chwilę przybywają tu tylko jacyś dwaj panowie z reklamówką i aparatem w ręku. Robią zdjęcia i schodzą. A my siedzimy i podziwiamy widoczki. Nie spieszy nam się. Ostatecznie do zejścia motywują nas coraz ciemniejsze i gęstsze chmury. Schodzimy tak samo, jak weszliśmy i zdążymy w ostatniej chwili, bo po paru minutach zaczyna się ulewa.