środa, 28 czerwca 2017

Szpindlerowy Młyn - Kozie Grzbiety - Lucni bouda - Śnieżka - Obri dul - Richerovy boudy - Vyrovka - Svety Petr - Szpindlerowy Młyn - 27 maja 2017

Czerwonym szlakiem na Kozie Grzbiety
Miała być Śnieżka ze Szpindlerowego Młyna przez Kozie Grzbiety, Karkonosz, Lucni boudę. I była ;) Miał być powrót w miarę szybki, częściowo szlakiem prowadzącym Obri dołem i też był. Tyle, że niebieski szlak zakończył się 1,5 km od Pecu pod Śnieżką. Tak więc, żeby wrócić do Szpindlerowego Młyna znowu trzeba było się wspiąć na wysokość około 1400 m n.p.m., przejść przez górki i znów z nich zejść ;) I tak wyszło ponad 33 km drogi i ponad 1500 metrów przewyższenia. Nie żebym narzekała, bo było super, ale tak to jest jak człowiek zwiedzony znajomością szlaków źle spojrzy na mapę.
Startujemy około godziny 8 rano, kierując się w stronę centrum miasteczka, bardzo urokliwego, zwłaszcza, gdy się do niego wjeżdża. Przepływająca przez Szpindlerowy Młyn Łaba nadaje mu wyjątkowego charakteru.
W centrum, gdzie znajduje się rozdroże szlaków, kierujemy się na czerwony. On w pierwszym etapie wędrówki zaprowadzi nas aż do Lucni boudy. Na mapie oznaczony jako Stara Bucharova cesta. Przez pierwszych kilkanaście minut idziemy przez miasto, ale zdecydowanie nie jest to miejski spacerek. Szlak bowiem od razu idzie ostro w górę, by dojść do granicy lasu. Dzięki temu dość szybko odsłaniają się piękne widoki, zwłaszcza na Medvedin. Tuż przy samym lesie, gdzie krzyżują się zielony, żółty i czerwony szlak znajduje się niewielki punkt widokowy, właśnie na Medvedin. Obok wiata, tablica z panoramą i oznaczeniem szczytów, miejsce na ognisko. Wejście do lasu nie oznacza, że rozstajemy się z cywilizacją, ponieważ tuz za nim znajduje się między innymi hotel Horal, czy też restauracja Panorama. O dziwo, równoległą drogą kursują autobusy. Wszakże tu leży dzielnica Svety Petr, co prawda bardzo spokojna i cicha, ale zabudowania i ośrodki turystyczne są. Nie przeszkadza nam to zbytnio, ponieważ idziemy piękną dolinką. Z lewej strony mamy Kozie Grzbiety, z prawej góry poprzecinane stokami narciarskimi. Na szczęście tuż za Hotelem Panorama las się kończy i już całkowicie odcinamy się do cywilizacji.

Karkonos - vyhlidka
 Podchodzimy pod górę szlakiem, na którym skałki tworzą kamienne schodki. Bardzo przyjemnym i w zasadzie w większości bardzo widokowych. Z lewej strony cały czas mamy Kozie Grzbiety, położone na wysokości 1321-1422 m n.p.m. Jest to krótki, stromy i skalisty grzbiet górski we wschodniej części Czeskiego Grzbietu. Ma on charakter typowo wysokogórski z graniami, z którego wznoszą się szczyty dochodzące do piętra łąk wysokogórskich. Grzbiet ograniczony jest Doliną Białej Łaby i Sedmídolí od północy, a od południa Dolskim Potokiem. Dla turystów dostępna jest tylko wschodnia część szczytowa Kozich Grzbietów, gdzie znajduje się punkt widokowy z panoramą na zachodnią część Karkonoszy i Sedmidola (pięknie stąd widać na przykład Śnieżne Kotły z jednej strony, a z drugiej na Śnieżkę). Ów punkt znajduje się dokładnie na szczycie Karkonosz (1422 m n.p.m.). Szlak, którym idziemy przypomina tatrzański, choć czasem pojawiają się na nim metalowe drabinki, będące udogodnieniem W niektórych miejscach faktycznie chyba się przydają, bo inaczej ciężko byłoby bezpiecznie postawić nogę.
Po niecałych 2 godzinach docieramy na Karkonosza. Aby znaleźć się na szczycie, należy z czerwonego szlaku odbić w lewo, by po jakiś 100 metrów stanąć na platformie widokowej.
Z Karkonosza czerwonym szlakiem kierujemy się w stronę Lucni boudy. Szlak jest teraz wyjątkowo przyjemny i leniwy, gdyż prowadzi po płaskim terenie i oferuje ładne widoczki. Przed oczami mamy cały czas Śnieżkę i Lucni boudę. Po drodze mijamy Rennerovą studankę (źródełko). W tym miejscu w latach 1797-1938 stała Rennerova bouda. Niestety, w czasie wojny zniszczona.

Widok na Śnieżkę z Kozich Grzbietów
 
Dojście z Karkonosza do Lucni boudy zajmuje nam około 30 minut. I dziś właśnie nastał ten pierwszy raz, pierwszy raz, kiedy po wielu wizytach w Lucni boudzie udało mi się wreszcie dojrzeć stąd Śnieżkę! :) Zawsze będąc tu trafiałam na fatalną pogodę, a ostatnimi dwoma razami ciężko było dostrzec zarys schroniska, a tyczki wyłaniały się jak widma z mgły. Dziś na szczęście jest rewelacyjnie. Mogę do woli napatrzeć się i mam taki sam obraz przed oczami, jaki zawsze widziałam w pogodne dni z kamerki umieszczonej w Lucni boudzie.

Lucni bouda z widokiem na Śnieżkę

Szybka kawa i ruszamy dalej, zwłaszcza, że droga jeszcze daleka i to bardziej daleka niż się wydaje ;) Do Domu Śląskiego idziemy niebieskim szlakiem, który przez większość drogi prowadzi po drewnianych kładkach. Tu też droga jest płaska, bowiem znajdujemy się na Równi pod Śnieżką. 
Jest to płaskowyż położony na wysokości 1350-1450 m n.p.m., rozciągający się nad  Kotłem Łomniczki i Małego Stawu, Upską Jamą, Białym Jarem oraz Doliną Białej Łaby. Ta płaska i dość rozległa przestrzeń ma wielkość 9 km2. Na środku równi zwanej również Białą Łąką stoi górskie schronisko turystyczne Luční bouda, największe karkonoskie schronisko. Pod samą Śnieżką, na zachodniej części Równi, a dokładnie na Przełęczy pod Śnieżką znajduje się natomiast Dom Śląski.
Wizytę w nim dziś sobie odpuszczamy, zwłaszcza, że około południa jest opanowany przez tłumy. Decydujemy się od razu wejść na Śnieżkę czerwonym szlakiem. Dziś jest na nim wyjątkowo dużo ludzi, ponieważ odbywa się charytatywne wejście. Z tego, co wyczytujemy jest to chyba zbiórka pieniędzy na protezy nóg. Tak więc Śnieżkę "załatwiamy" dziś wyjątkowo szybko, robiąc tylko kilka pamiątkowych zdjęć ze szczytu i kupując gofry w otwartym na szczycie "spodku" (obserwatorium), a następnie Drogą Jubileuszową udajemy się pod Dom Śląski, podziwiając po drodze latające nam nami paralotnie, które tworzą dziś na niebie prawdziwy spektakl. Tu też się nie zatrzymujemy, tylko od razu wchodzimy na niebieski szlak prowadzący Obrym dołem. Tym, którym kiedyś wchodziłam na Śnieżkę w ogromnej najpierw mgle, a potem ulwie. Pamiętam, że nic wtedy nie było widać, ale szlak nie wiem czemu wydał mi się bardzo ciekawy i postanowiłam, że na pewno nim wejdę na Śnieżkę raz jeszcze przy dobrej pogodzie.

Obri dul

Dzisiejsze zejście właśnie przy idealnej pogodzie moje marzenia zweryfikowało i jak dla mnie, ale to tylko moja subiektywna opinia, szlak nie należy do szczególnie atrakcyjnych. Widoki nie były zapierającymi dech w piersiach, Z prawej strony przez większość drogi widoczna była Studniczna hora, z lewej Rózowa hora, zasłaniająca Śnieżkę. Polecenia godny jest na pewno początkowy odcinek tego szlaku, kiedy z innej perspektywy można spojrzeć na Śnieżkę i Dom Śląski. Tak więc początkowy zachwyt na szlaku szybko ustępuje, zwłaszcza, kiedy spoglądam na mapę i orientuję się, że pierwsze odbicie w interesującym nas kierunku jest tak naprawdę bardzo nisko, około 1,5 km od Pecu pod Śnieżką. Strome zejście, retrospekcja sprzed paru miesięcy i wniosek -  faktycznie szlak schodzi bardzo nisko. Trzeba będzie ponownie podejść na pewną wysokość, by dostać się do Szpindlerowego Młyna. Nie ma co żałować, a wręcz przeciwnie trzeba się cieszyć, bo moje marzenie o przejściu szlaku prowadzącym Obrym dołem się spełniło ;)

Zwierzęca zagroda obok Boudy pod Śnieżką
 Szlak ten pokonujemy dość szybko, choć krótki nie jest. Przystanek robimy dopiero pod Boudą pod Śnieżką. Wcześniej mijamy charakterystyczną Kapliczkę, w której znajdują się tablice informacyjne o powodzi w 1897 r.. Następnie po dotarciu do skrzyżowania szlaków w Obrim Dole, skręcamy na żółty. On zaprowadzi na do Modrego Dołu. Myślimy, że tu odetchniemy do ludzi, ale szlak również jest dość mocno oblegany. Nie ma się co dziwić, bowiem Modry Dół jest piękny Tworzy go rozległa polana ze znajdującymi się nie niej obiektami wypoczynkowymi. Jest to górska dolina pochodzenia lodowcowego leży pomiędzy Szerokim grzbietem i Studniczną górą, która wpływa do Obrzego dolu. W przeszłości wydobywała się tutaj ruda żelaza oraz miedzi. W południowej części dolu dochowały się do dziś fosy morenowe. Występuje tutaj również mnóstwo cennych roślin łąkowych i górskich, np. lilia złotogłowa. Z Modrego Dołu czeka nas dość strome, ale ładne podejście czerwonym szlakiem do schroniska Richterovy boudy. Z prawej strony cały czas widać Śnieżkę z Domem Śląskim. Stąd już niewiele dzieli nas od Vyrovki, ale niestety idziemy asfaltem, a cienia brak. Prażące słońce daje się we znaki, zwłaszcza, że ramiona są spalone, bo nikt  nie przewidział upałów, więc kremu w plecaku brak. Ostatnie metry podejścia pod Vyrovkę można porównać z wejściem na Siwą Przełęcz w Tatrach rok temu, podczas 35 stopni, zwiastujących burzę.

Vyrovka

Vyrovka, czeskie schronisko położone na wysokości 1357 m n.p.m. o dość ciekawym i charakterystycznym kształcie. Powstało on w XVIII wieku i przez dłuższy czas było zajmowane przez wojsko, ale ostatecznie spłonęło. Obecny budynek został wybudowany w latach 1988-1990 . W Vyrovce zatrzymujemy się na chwilę, a następnie udajemy się na znajdujący się jakieś 300 metrów dalej punkt widokowy, dotychczas zawsze omijany. Widoki stąd zacne, zwłaszcza na Kozie Grzbiety czy tez Medvedin. Szkoda tylko, że ktoś zniszczył znajdującą się tablicę z panoramą. Na szczęście nie mamy problemów z rozpoznaniem szczytów. Znajomość Karkonoszy nie zawodzi.

Z Vyrovki zieolnym szlakiem kierujemy się już w stronę Szpindlerowego Młyna. Szlak jest długi, ale piękny. Do tego dość stromy. Prowadzi Długim Dołem, wzdłuż potoku z licznymi kaskadami i wodospadami, które niestety są nieco oddalnone od szlaku, więc zarazem niedostępne, zwłaszcza, że szlak sprawia wrażenie dzikiego. Sądząc po tym, że spotykamy na nim zaledwie kilka osób, pewnie należy do tych rzadziej uczęszczanych. Prowadzi on do dzielnicy Szpindlerowego Młyna - Svety Petr i łączy się ostatecznie z czerwonym szlakiem, którym trzeba tylko pokonać jeszcze miasto.

Z czerwonego szlaku na Kozie Grzbiety
 

Czerwony szlak na Kozie Grzbiety
 


 
Karkonosz
 
 
Widok z Karkonosza. W dole Przełęcz Karkonoska






Lucni bouda





Z Lucni boudy w stronę Domu Śląskiego
 







Tam w dole Dom Śląski




 
Kapliczka w Obrym Dole
 
Modry Dół

Modry Dół

Z Modrego Dołu do Richterovy boudy
 
Długi Dół

Długi Dół
Paralotnie nad Czarną Kopą



środa, 21 czerwca 2017

Ostasz - 21 czerwca 2017

Czartowskie auto
 Pierwszy dzień lata postanowiliśmy powitać na Ostaszu. Pogoda ładna, praca skończona o wczesnej godzinie, więc można ruszać. Docieramy do osady Ostasz. Tuż przy skrzyżowaniu szlaków znajduje się duży parking. Nauczeni poprzednim wyjazdem wymieniamy korony, ale tym razem nikt nie pobiera opłat, pomimo że na na parkingu sporo samochodów. Będą więc na znaczek turystyczny, całkiem ciekawy a propos, bo z Czartowskim Autem, wizerunkiem jednej ze skałek na Ostaszu. Z parkingu kierujemy się na niebieski szlak. Nim po  pokonaniu około 2,5 km i po przejściu skalnego labiryntu trafimy na szczyt Ostaszu z pięknym widokiem, zwłaszcza na Karkonosze. Super dziś z niego widać Śnieżkę i Cerną horę.
Idąc niebieskim szlakiem, zanim wejdziemy w las, a potem labirynt skalny, najpierw mijamy miejsca, gdzie można coś zjeść i kupić pamiątki, a następnie domki kempingowe. Pierwszy odcinek szlaku pnie się lekko w górę, by po dojściu do form skalnych iść już niemalże po płaskim terenie. Mijamy po drodze dość sporo wspinających się na skałkach. Nie ma się co dziwić, warunki są ku temu doskonałe.
Na Frydlanskiej skale

Wracając do Ostaszu, jest to typowa góra stołowa o niewielkiej wysokości, bo zaledwie 700 m n.p.m. W dolnej części Ostasza znajduje się dość spore zgrupowanie skał, zwane Kocim Grodem. W górnej części natomiast skalny labirynt. Przemierzając go można udać się na sam szczyt Ostasza, a zwłaszcza na jego najciekawszą część, czyli platformę widokową o nazwie Frydlanska skała, z której roztacza się niesamowity widok na Karkonosze. Do dziś mam w pamięci moment kiedy w pierwszych wiosennych promykach słońca leżę na tej skale i wpatruję się w ośnieżoną jeszcze Śnieżkę.
Oczywiście nie jest to jedyny punkt widokowy, bo po drodze jest ich kilka, a z każdego z nich piękne widoki na góry.
Wycieczka na Ostasz to tak naprawdę spacer wśród różnie nazwanych form skalnych, jak na przykład: Czarci Samochód, Kopijnik, Zdrajca, Cyganka, Mogiła Śmierci, Giermek. Spacer sprawiający wiele przyjemności i zachwytu nad każdą skałą. To też przeciskanie się często między skałami, które w niektórych miejscach wymagają zwinności czy też pochylenia się lub zdjęcia plecaka.


Nazwa Ostasz może być myląca i nie ma ona nic wspólnego ze skałą, która się gdzieś ostała, ale pochodzi od św. Eustachego (zwanego także Ostachem), patrona myśliwych. Warto wspomnieć, że Ostasz był kiedyś terenem myśliwym.
Pamiętam, jak pierwszy raz byłam na Ostaszu, to wydawał mi się dość sporym skalnym labiryntem, teraz sprawia wrażenie mniejszego, co nie oznacza, że mało ciekawego. Wręcz przeciwnie, urzeka mnie tu panująca cisza, spokój, której brak w okolicznych skalnych miasteczkach. Niemniej, jeśli ktoś planuje tu wyprawę na cały dzień, to trochę za mało, bo maksymalnie 3 godziny w zupełności wystarczą na pokonanie labiryntu i błogie lenistwo na Frydlanskiej Skale. Nam dziś wycieczka po skałkach zajmuje około 2 godzin.











 

 


Platforma Frydlanskiej skale