środa, 16 września 2009

Szlakiem bieszczadzkich cerkwi i zapór (17 sierpnia 2009 roku)

Zielone wzgórza nad Soliną
i zapomniany ścieżek ślad.
Flotylle chmur znad lasów płyną,
wędrowne ptaki goni wiatr.
A dalej widzisz już horyzont,
do nas z odległych wraca stron...


Dziś schodzimy nieco niżej, opuszczamy górskie szlaki, ale nie góry:) Pozostajemy tu jeszcze pół dnia, odwiedzając Solinę i Myczkowce oraz okoliczne cerkwie.


W cerkwi w Rabem byliśmy wczoraj, więc dziś pora na kolejne. Miały być te w Żłobku, Czarnej..., ale poranne spotkanie z przewodnikiem spowodowało, że zmieniliśmy plany i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Hoszowczyk, Równia i Ustjanowa znalazły się na trasie do Soliny i Myczkowców, więc je odwiedziliśmy. W Hoszowczyku zerkaliśmy do środka tylko przez szybkę w drzwiach. Niestety, była zamknięta, a nie było czasu, aby szukać kogoś, kto ma do niej klucze. Na szczęście udało nam się zwiedzić cerkiew w Równi. Trafiliśmy na otwarte drzwi. W środku jednak nie zachował się ikonostas taki piękny jak w Rabe. Potem był jeszcze Ustjanowa - też zamknięta, a do tego wokół niej trwały prace remontowe.

Ruszyliśmy nad Solinę. Zawsze chciałam zobaczyć zalew i zaporę osobiście, bo do tej pory znałam ją z opowieści mamy. Zostawiamy auto jakieś pół kilometra od zapory i idziemy piechotką (oj, gdybym wiedziała, to wzięłabym lepsze buty), bo wiemy, że czym bliżej, tym gorzej będzie z zaparkowaniem. I rzeczywiście tak było. Leniwi kierowcy krążyli po parkingach, szukając miejsc. A na Solinie? Tłumy... Niemal jak na Krupówkach czy w giżyckim porcie w sezonie letnim. Pogoda cudna, aż człowiek wykąpałby się w zalewie. Z góry patrzyliśmy jak ludzie pływają na żaglówkach (oj, przypomniały mi się Mazury...) i rowerkach wodnych w kształcie samochodzików. Spacerujemy deptakiem nad zaporą, zerkając na turbiny. 80 metrów to już nie tama w Mietkowie, ale ogromnego wrażenia na mnie nie robią.


Chyba ładniej i spokojniej będzie nad Zalewem Myczkowskim. Więc ruszamy tam. Rzeczywiście jest dużo mniej ludzi, w zasadzie to tylko kilka osób, jakaś jedna przystań z wypożyczalnią rowerów wodnych i zapora - też o wiele niższa. Z jednej strony mamy przed sobą jeziorko, a z drugiej widok na starorzecze Sanu, w którym przechadzają się czarne bociany.


Jeszcze na dziś zostało nam muzeum miniaturowych cerkwi w myczkowskim Caritasie. W końcu trafiamy i tam, podziwiając wiele, wiele miniatur cerkwi z Bieszczad. Zgrupowane tematycznie w kołach i skwerkach pięknie się prezentują.

Łapiemy jeszcze łyk bieszczadzkiego powietrza, żegnamy góry i ruszamy, bo przed nami długa podróż do Wrocławia. Z mała niespodzianką po drodze. Pięknym widokiem Tatr z odległości ponad 50 km, gdzieś w okolicach Limanowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz