poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Dolina Kościeliska, Jaskinia Mroźna, Wąwóz Kraków (Tatry) - 3 sierpnia 2010

Po wędrówce zostawiającej tak wiele wrażeń, człowiek chciałby stad wzlecieć jeszcze wyżej, by niebu i obłokom wykrzyczeć radość uniesienia, radość przestrzeni.
Jan Wiktor
Czym wyżej jestem w górach, tym większą czuję wolność i swobodę. Zmęczenie odchodzi na bok, a radość ze wspinaczki i zdobytego szczytu wynagradza wszelkie niedogodności. Ponadto piękna widoki i wymarzona pogoda napawają olbrzymią radością. A dziś właśnie przywitał nas kolejny upalny i słoneczny poranek. Kiedy przypomnę sobie ubiegłoroczne wakacje i poza jednym dniem same wycieczki we mgle, to w mogę śmiało powiedzieć, że w tym roku pogoda nam się naprawdę udała. I choć co prawda codziennie zapowiadają deszcze, to jakoś one omijają Tatry i Zakopane :) Postanawiamy wykorzystać dzień na zwiedzenie Doliny Kościeliskiej. Dwa albo trzy lata temu pokonaliśmy tylko jej fragment, wracając z Czerwonych Wierchów. Dziś wybierzemy się nieco dalej, bo do Schroniska na Hali Ornak. Poza tym mamy w planach zwiedzenie jaskiń, które w tej części Tatr występują dość licznie. Mnie, oczywiście, marzy się poza Mroźną odwiedzenie Mylnej i Raptawickiej, ale już teraz mogę powiedzieć, że to było jak dla mnie niewykonalne. Będzie za to Wąwóz Kraków, o którym nieco później.

Wędrówkę zaczynamy w Kirach (927 m n.p.m.), gdzie po zakupie biletów znajdujemy się na początku doliny. Ruch tu jest niesamowity. Tłumy ludzi podobne do tych zmierzających do Morskiego Oka. Z jednej strony się nie dziwię, ponieważ dolina jest piękna i urzeka już od samego początku. Można powiedzieć, że jest o wiele ciekawsza od Chochołowskiej. Jest to długi na 9 km wąwóz skalny, z trzema atrakcyjnymi miejscami - zwężeniami w postaci bram. Są to kolejno Brama Kantaka, Kraszewskiego i Raptawicka. Już same bramy tworzą bardzo atrakcyjny krajobraz. Kiedy dodamy do tego jaskinie oraz odgałęzienia, choćby w postaci Wąwozu Kraków, daje to niezwykle urozmaiconą dolinę. Większą część doliny przemieszczamy się wzdłuż Kościeliskiego Potoku. Przed nami zaś cały czas jest widoczny szczyt Błyszcza i Bystrej (2248 m n.p.m.).

Po jakichś 20 minutach wędrówki docieramy do kapliczki zbójnickiej. Nie zatrzymujemy się jednak tam, ale idziemy nieco wyżej, by skręcają w lewo zboczyć z doliny i dostać się do Jaskini Mroźnej. Aby się do niej dostać należy wejść pod dość strome wzniesienie (około 120 metrów). Pokonujemy je w jakieś 20 minut, tracąc troszkę kalorii, gdyż szlak piął się naprawdę ostro. Udaje nam się dostać do jaskini bez czekania. Po zakupie biletów za 3 zł, ubieramy się w bluzy i ruszamy. Warto już na samym początku zaznaczyć, że w środku panuje stała temperatura wynosząca 6 stopni C. Stąd też wzięła się nazwa jaskini. Jest ona długa na 560 metrów, więc jej zwiedzanie zajmuje nam jakieś pół godzinki. Należy jednak uważać w niektórych miejscach, bo robi się w nich wąsko i nisko, co ja przepłaciłam siniakiem ;) Jaskinia ta jako jedyna w Tatrach jest oświetlana, więc możemy sobie pozwolić na jej zwiedzenie. Pokonywanie przeszkód w jaskini i konieczność zachowania ostrożności powoduje, że nie czuć panującego tu zimna, ale za to je widać. Na ścianach tworzą się białe nacieki przypominające szron. Co chwilę możemy obserwować typową krasową rzeźbę jaskiń. Po jakiś 30 minutach wędrówki widać wylot jaskini, znajdujący się na wysokości 1112 m n.p.m. Teraz musimy zejść w dół do Doliny Kościeliskiej dość stromymi schodkami, najpierw drewnianymi, potem kamiennymi. Jesteśmy znów w dolinie i kontynuujemy wycieczkę do schroniska Ornak.
Upał doskwiera coraz bardziej, zwłaszcza, że zbliża się południe. Robimy przystanek na Polanie Pisanej, gdzie podziwiamy m. in. Raptawickie Turnie, Organy, Zbójnicką Turnię i Stoły. Polana znajduje się na obszarze zbudowanym z margli kredowych - niezwykle pięknym i malowniczym. Niestety, szybko stąd uciekamy, bo nie ma tu skrawka cienia. Zmierzamy dalej zielonym szlakiem w stronę Ornaka. Mijamy wyjście, a potem wejście do Wąwozu Kraków, który mam zamiar odwiedzić w drodze powrotnej. Następnie po prawej stronie znajdują się szlaki prowadzące do jaskiń: Raptawickiej i Mylnej. Niestety, kiedy widzę, że prowadzi do nich stroma droga z łańcuchami, muszę zrezygnować z ich zwiedzania. Planujemy, więc, że w drodze powrotnej Jacek pójdzie zwiedzić jaskinie, ja Wąwóz Kraków, a potem spotkamy się w pobliżu Polany Pisanej. Najpierw jednak zmierzamy do schroniska, gdzie jesteśmy po jakiś dwóch godzinach od wejścia na szlak w Kirach. Na Małej Polance Ornaczańskiej jest pełno ludzi, ale udaje nam się znaleźć wolną ławeczkę, na której można się spokojnie położyć :)

W samym schronisku (http://www.ornak.tatrynet.pl/strona.html), które znajduje się na wysokości 1100 m n.p.m. jest również pełno ludzi. Po zakup szarlotki stoję w kolejce jakieś 20 minut, a za mną cały czas tworzy się coraz większa kolejka. Fakt, mamy dziś piękny dzień, więc każdy chce go jak najlepiej wykorzystać, stąd nie dziwi mnie fakt takich tłumów. Z Polanki mamy piękny widok na otaczające ją wierzchołki Tatr Zachodnich. Planowaliśmy dziś odwiedzić znajdujący się nieopodal Smreczyński Staw, polodowcowe jezioro znajdujące się na wysokości 1226 m n.p.m. tuż u wylotu Doliny Pyszniańskiej i Hali Smreczyny. Niestety, moja kondycja dziś nie jest najlepsza, więc daruję sobie wspinaczkę. Odwiedzę za to w drodze powrotnej Wąwóz Kraków. Po jakiejś godzince spędzonej na błogim lenistwie pod schroniskiem na Hali Ornak ruszamy w dół. Nieco niżej Jacek pójdzie zwiedzać jaskinię: Mylną bądź Raptawicką, ja Wąwóz Kraków. Obliczyliśmy, że na pokonanie jednego i drugiego miejsca potrzeba nam około godzinki. Potem mamy się spotkać niedaleko Polany Pisanej.

Wąwóz Kraków urzeka nie od samego początku. Pierwszy odcinek szlaku prowadzi dość wąską ścieżką, a dokładnie skalnym jarem, wyciętym w wapiennych skałach. Droga nieznacznie pnie się do góry, ale nie powoduje ona większego wysiłku. Po jakichś dziesięciu minutach dochodzę do chyba najbardziej atrakcyjnego punktu Wąwozu, czyli Ratusza. Stąd droga prowadzi już tylko do Smoczej Jamy. Najpierw trzeba jednak wspiąć się żelazną drobinką na niemal pionową ścianę. Smocza Jama to niewielki tunel przypominający jaskinię. Żeby ją pokonać, trzeba jednak posiadać latarkę. Ja jej, niestety, nie mam, więc muszę iść okrężną drogą, która prowadzi granią. Tu pomocą służą klamry i łańcuchy. Po pokonaniu tego odcinka szlaku zostaje już tylko zejście z powrotem do Doliny Kościeliskiej. Pokonanie całego wąwozu zajmuje mi jakieś 40 minut. Warto było go odwiedzić, bo to chyba jeden z najpiękniejszych skalnych wąwozów w Tatrach. Po wyjściu z Wąwozu czekam chwilkę na Jacka. Niestety, nie udało mu się przejść ani jednej ani drugiej jaskini, gdyż nie posiadał latarki, która tam jest niezbędna. Teraz zmierzamy już tylko w dół, podziwiając jeszcze raz wszelkie otaczające nas skalne bramy.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Dolina Pięciu Stawów Polskich - 2 sierpnia 2010

Jakaż to prządka snuje białe nici,
Które wśród głazów migają tak żywo,
że je z daleka ledwie wzrok pochwyci?
Jakaż to prządka rozpierzchłe przędziwo
Łowi po skałach strojnych w szarą pleśń?
I z drobnych nitek srebrną wstęgę przędzie,
I przez granitów przewiesza krawędzie,
Nucąc wieczyście jednobrzmiącą pieśń?

To wartki strumień szumiącej Siklawy
Zagarnia wkoło śnieżne ścieki gór,
Na nić swą czarne nawiązuje stawy
I wiedzie głośny z kamieniami spór:
To potok wzbiera siatką wód pajęczą
I coraz głębiej pierś wąwozu porze,
I znika w ciemnej gardzieli otworze,
Kończąc krajobraz wodospadu tęczą.
Adam Asnyk, Siklawa

Dolina Pięciu Stawów Polskich to jedno z piękniejszych miejsc w polskich Tatrach, zwłaszcza w ich niższej części. Części niższej, ale już na tyle wysokiej, żeby można było podziwiać piękne widoki otaczających ją szczytów: Granaty, Krzyżne, Wołoszyn, Świstówka. To piękne miejsce zawsze mnie urzeka. Pamiętam ubiegłoroczne mgły unoszące się nad doliną, a potem wspinaczkę na Krzyżne, pamiętam widok Piątki z Zawratu i wędrówkę do schroniska. Dlatego też postanowiłam, że dziś wybierzemy się jeszcze raz w ten uroczy zakątek. Niestety, wersja wspinaczki przez Halę Gąsienicową i Zawrat odpada. Decydujemy się więc pójść Doliną Roztoki. Co prawda nie wiem, czy w moim stanie i taki wysiłek mi nie zaszkodzi, ale obiecuję sobie, że będę szła powolutku i robiła dłuższe przerwy. Miłość do gór jest tak silna, że nie pozwala mi usiedzieć na miejscu, kiedy mam je koło siebie. Wędrówki dolinkami też nie wystarczają.
Pogoda od samego rana jest bardzo ładna, więc mamy nadzieję na piękne widoki. Wyruszamy z Czajek, by dostać się do Palenicy Białczańskiej. Korki z samego rana są duże, ale po jakiejś godzinie jesteśmy na miejscu. Tu jak zwykle panuje ogromny tłok. Dopychamy się do kasy po bilety i już za kilkanaście minut jesteśmy na szlaku, a w zasadzie na asfalcie, prowadzącym do Morskiego Oko. My na szczęście asfaltową podróż zakończymy tuż za Wodogrzmotami Mickiewicza, gdyż skręcimy w Dolinę Roztoki.

Wróćmy jednak do początku, bo tam, tuż za kasami, napotykamy na Waksmundzki Potok, wpływający do Doliny Białki. Potok ten płynie Doliną Waksmundzką, która, niestety, nie jest dostępna dla turystów. A szkoda...bo sięga ona aż pod Przełęcz Krzyżne, wcinając się wcześniej w Koszystą i Wołoszyn. Traktowana jest ona jako ścisły rezerwat przyrody. Można przeciąć ją tylko idąc szlakiem z Rusinowej Polany i Równi Waksmundzkiej. Po przejściu niedużej odległości natrafiamy na punkt widokowy, z którego można ujrzeć Gerlach. Tu też dumnie prezentuje się Młynarz - rozłożysty szczyt, również na Słowacji. Z racji tego, że upał tego dnia jest duży, a na drodze tłumy ludzi, mknące bryczki, staramy się jak najszybciej dojść do Wodogrzmotów, by odbić na mniej już uczęszczany szlak. Pierwszy przystanek robimy sobie w gajówce tuż pod samymi Wodogrzmotami Mickiewicza. Udaje nam się trafić po raz pierwszy na otwarty budynek. W środku znajduje się niewielka wystawa oraz odbywa się sprzedaż mapek i wydawnictw górskich.
Wreszcie docieramy do Wodogrzmotów, zatrzymujemy się na chwilkę nad Pośrednim Wodogrzmotem, potem już ze szlaku do Pięciu Stawów będziemy mogli oglądać Wyżni Wodogrzmot.

Szlak Doliną Roztoki prowadzi w cieniu, ale, niestety, na początku pnie się mocno w górę. Zaczynam troszkę żałować, że zdecydowałam się na męczącą wspinaczkę, ale co chwilę robię sobie małe odpoczynki. Potem nieco droga się spłaszcza, a przed nami zaczynają rozpościerać się szczyty Opalonego. Sama Dolina Roztoki zaczyna się na wysokości 1020 m n.p.m, a kończy na wysokości 1550-1570 m n.p.m, tuż przy wejściu do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Wzdłuż całej doliny, którą zmierzamy płynie potok Roztoka. Przecinamy go kilka razy, przechodząc przez drewniane mostki. Do około jakiś 1350 metrów idziemy lasem świerkowym, potem przechodzi on w bór limbowy. W wielu miejscach dolina jest przecięta żlebami, z których schodzą liczne lawiny, zwłaszcza wiosną. Droga mija dość szybko, bo nie możemy się doczekać, kiedy ujrzymy Wołoszyn, Krzyżne i Orlą perć, którą zmierzaliśmy rok temu. W tym już nie możemy sobie na to pozwolić, ale za rok obiecuję sobie pokonać ją raz jeszcze. Na razie naszym celem jest dotarcie do Siklawy, najwyższego wodospadu w Polsce. Kiedy byliśmy nad nią rok temu spowijała ją gęsta mgła uniemożliwiająca zobaczenie czegokolwiek. Dziś za to spotkała nas nagroda, bo jak już pisałam, pogoda jest piękna. Im wyżej jesteśmy, tym widoki są śliczniejsze, ale też droga robi się bardziej stroma.

Idziemy teraz wąską skalistą ścieżką, przedzierając się momentami między kosodrzewiną, która tu jest nadzwyczaj wysoka. Mnie należą się dłuższe przystanki, więc je robię, upajając się w tym czasie tatrzańskimi panoramami. W końcu naszym oczom ukazuje się Siklawa, której szum słychać było już dużo wcześniej. Na godzinę dwoma lub trzema strugami spada od 1000 do 2500 wody z wysokości około 70 metrów.Kiedy zbliżymy się do skał, odbijające się od nich kropelki wody doskonale chłodzą w ten upalny dzień. Po spędzonych tam 10 minutach ruszamy wyżej. Tu zaczynamy małą wspinaczkę, ponieważ skały są mokre. Na szczęście jest już blisko do Doliny Pięciu Stawów Polskich, w której znajdujemy się za jakieś 10 minut :) To jest to, czego brakowało mi przez cały rok - cudne widoki, stawy w otoczeniu gór, nieskazitelnie czysta woda. Wielki i Przedni Staw Polski urzekają mnie jak co roku.

Mijamy leśniczówkę, w której nie dano nam rok temu przenocować. Potem idziemy na chwilkę do Schroniska. Tam trwa remont, więc większość turystów gromadzi się przed budynkiem. Zresztą pogoda ku temu bardzo sprzyja. My również czynimy to samo. Staram się nawdychać jak najwięcej wysokogórskiego powietrze, bo w tym roku chyba wyżej wejść mi się nie uda. Staram się też przede wszystkim nacieszyć oko pięknymi widokami, by znów mieć za czym tęsknić cały rok. Niestety, czas płynie nieubłaganie, a my musimy wracać do Zakopanego. Decydujemy się na zejście szlakiem, omijającym Siklawę, ale za to bardziej stromym. Co chwilę trzeba uważać, żeby nie poślizgnąć się na skalnych stopniach. Po jakiejś półtorej godzinie jesteśmy w Palenicy Białczańskiej. W międzyczasie zatrzymujemy się na chwilkę na krótki odpoczynek, próbując jednocześnie zlokalizować helikopter, który słychać w pobliżu. Jak się później okazało ratował on kogoś w okolicach Orlej Perci.
To była piękna wyprawa, bo Dolina Pięciu Stawów ma coś w sobie!





czwartek, 12 sierpnia 2010

Dolina Chochołowska (Tatry) - 1 sierpnia 2010

Tu w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień
Szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień
Mokre rosą trawy wypatrują dnia
Ciepłe, które pierwszy promień słońca da.
Cicho potok gada, gwarzy pośród skał.

Pora rozpocząć wędrówki po Tatrach. W tym roku będą to jednak głównie wędrówki rekreacyjne, po dolinkach i niższych partiach gór. Nasz wybór pierwszego dnia padł na Dolinę Chochołowską. Nigdy nie mieliśmy okazji tam być, więc teraz można to nadrobić. Jest to największa i najdłuższa dolina w Tatrach. Ma ona długość 10 km i znajduje się w najdalej na zachód wysuniętej części polskich Tatr. Aby się dostać do samej doliny, a potem na Polanę Chochołowską, trzeba wystartować z Siwej Polany. I tu spotyka nas właśnie pierwsza niespodzianka. W planach mieliśmy zakup biletów siedmiodniowych, co by nie stać codziennie w kolejkach, a i trochę zaoszczędzić, gdyż bilet tygodniowy kosztuje 18 zł, a jednodniowy 4,40 zł. Takich biletów tutaj jednak kupić się nie da, gdyż kawałek terenu, przez który przechodzimy należy do Wspólnoty Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi w Witowie. Niezwykle "uprzejmy" pan w kasie informuje nas, że tygodniowe sprzedają w Dolinie Kościeliskiej. Po małej awanturze Jacek wchodzi bez biletu, gdyż zgodnie z ustawą o parkach narodowych udajemy się do miejsca kultu religijnego. Dziś jest przecież niedziela, a na Polanie Chochołowskiej znajduje się kościół.

Tuż za przekroczeniem budki poboru opłat, znajdujemy się na Siwej Polanie. Tu znajdują się domy z noclegami dla turystów oraz wiele bacówek sprzedających bunc i oscypki. Ja, niestety, obywam się tylko smakiem, ale Jacek kosztuje dość sporego kawałku buncu. Na środkowej części polany mamy żelazny krzyż wmurowany w pomnik. Upamiętnia on lądowanie w tym miejscu papieskiego helikoptera w 1983 roku. Z Siwej Polany na Polaną Chochołowską można dostać się na kilka sposobów. Najpopularniejsza jest chyba piesza wędrówka, która zajmuje niecałe 2 godziny. Wielu korzysta także z wypożyczalni rowerów i dostaje się nimi albo na Polaną Huciską albo jedzie jeszcze dalej (Leśniczówka Chochołowska), gdzie znajduje się kolejny punkt zwrotu dwóch kółek. Tak więc Ci, którzy idą piechotą, muszą uważać na rowerzystów, a zwłaszcza na pędzące w górę i w dół bryczki wożące w większości leniwych turystów. Alternatywą staje się też kolejka "Rakoń" kursująca na polanę Huciską.

Zdecydowaliśmy się dojść na Polanę Chochołowską pieszo, więc przed nami jakieś 2 godziny całkiem przyjemnej wędrówki. Co prawda na początku droga wiedzie asfaltem, ale idziemy za to wzdłuż pięknych tatrzańskich potoków. Na początku jest to potok Siwa Woda, który potem przechodzi w Chochołowski Potok. Ten ma długość ponad 8 km i w wielu miejscach płynąca w nim woda tworzy klimatyczną mgiełkę, będącą najprawdopodobniej przyczyną różnic temperatury. Po drodze mijamy wiele bardzo atrakcyjnych tworów górskich, np.wrota i bramy skalne. Pierwszym z nich jest Niżnia Brama Chochołowska, znajdująca się między Polaną Huciską a Polaną pod Jaworki. Następnie mijamy Wyżnią Bramę Chchołowską, kiedy to dolina po raz drugi wcina się w skalny wąwóz.

Po drodze mijamy 2 punkty zdawania rowerów, o których już wcześniej pisałam. Odpoczywamy chwilę na Polanie Huciska, potem przy Leśniczówce Chochołowskiej. Następnym miejscem postoju będzie już schronisko na Polanie Chochołowskiej (http://www.chocholowska.zakopane.pl). Do niej docieramy po jakichś dwóch godzinach wędrówki. Położona jest ona na średniej wysokości 1100 m n.p.m. To największa polana w polskich Tatrach. Tu znajduje się bardzo dużo pasterskich szałasów, prowadzony jest kulturowy wypas owiec. Atrakcję stanowią jednak krokusy, które bujnie kwitną tu na wiosnę. Niestety, nie udało mi się jeszcze ani razu zobaczyć tego krokusowego dywanu, pomimo tego, że w tym roku na wiosnę byłam niedaleko Chochołowskiej Polany.

Jesteśmy więc na Polanie Chochołowskiej. Przed nami roztaczają się piękne widoki na Tatry Zachodnie. Chmury nieco się podniosły, więc możemy podziwiać Grzesia, Jarząbczy Wierch, Kominiarski Wierch, Czerwony Wierch, Wołowiec. Nasyciwszy wzrok górami, udajemy się do schroniska, gdzie na tarasie spędzamy pół godzinki na odpoczynku i rozważaniach nad... wejściem na Grzesia. Niestety, musimy sobie go w tym roku odpuścić. Idziemy za to na mszę, które o 13.00 jest odprawiana w znajdującej się nieopodal schroniska kaplicy św. Jana Chrzciciela. Ta drewniana kapliczka w stylu góralskim została zbudowana na potrzeby filmu Janosik. Po skończeniu zdjęć do serialu pozostawiono ją na polanie. Po skończonej mszy ruszamy w drogę powrotną, która mija nam dość szybko. Polana Chochołowska wreszcie zobaczona!



piątek, 30 lipca 2010

Kolorowe Jeziorka (Rudawy Janowickie) - 23 lipca 2010

Wracając z Gór Izerskich zdecydowaliśmy się odwiedzić Kolorowe Jeziorka w Rudawach Janowickich. Kiedy byliśmy tu zimą nie starczyło nam czasu na ich zobaczenie. Chyba dobrze się stało, bo ogromny wtedy mróz najprawdopodobniej zmroziłby jeziora i nie byłoby widać ich barw. Dziś co prawda pogoda też nas nie rozpieszcza. Jest mgliście, dopiero co po deszczu, ale jeziorka znajdują się w lesie, są nisko położone, więc myślę,że uda się je zobaczyć. Pierwszym zadaniem tego dnia jest dojazd do Wieściszowic, gdzie zaczyna się szlak prowadzący do jeziorek, a potem na Wielką Kopę. Dla niezorientowanych warto napisać, że Kolorowe Jeziorka to 3 jeziora, będące zalanymi wyrobiskami kopalnianymi. Woda w nich przybrała różny kolor ze względu na rodzaj wydobywanego materiału i skład dna (piryt, siarczek żelaza).
Swoją wędrówkę zaczynamy na parkingu w Wieściszowicach, tuż obok wejścia na zielony szlak. Jest tu prawie pusto, stoi zaledwie kilka aut. Uprzejma pani woła od nas 5 zł za postój. Płacimy i ruszamy. Pierwsze z jeziorek, czyli Purpurowe, zwane także Czerwonym znajduje się jakieś 100-200 metrów od parkingu na wysokości 560 m n.p.m. Miedź, piryt i żelazo, a zwłaszcza związki siarki zabarwiły ten staw na rudawy kolor. Nie wiem, wiec dlaczego jeziorko zwie się czerwonym. Schodzimy ze szlaku i idziemy nad samą wodę, by przyjrzeć się z bliska jeziorku. Idziemy dalej, bo na wysokości 635 m n.p.m. znajduje się kolejna atrakcja - Błękitne Jeziorko. Robi ono o wiele większe wrażenie niż poprzednie. Woda jest tu naprawdę niebieska, a otoczenie powoduje, że miejsce to nabiera cech tajemniczości. Cisza, spokój, przyroda odbijająca się w wodzie - tak jakby świat tu zamarł.

Nieco dalej, na wysokości 730 m n.p.m. znajduje się trzecie jeziorko, zwane Zielonym Stawem. Nie idziemy jednak go obejrzeć, bo dowiadujemy się, że prawdopodobnie woda w nim wyschła. Stawek ten bowiem jest tak mały, że okresowo, zwłaszcza w ciepłe dni, zanika. Kończymy więc naszą króciutką wyprawę i w jakieś 20 minut później znajdujemy się już na dole. Kolorowe Jeziorka zobaczone, więc można wracać do domu.

wtorek, 27 lipca 2010

Góry Izerskie (Schronisko na Stogu Izerskim, Polana Izerska, Hala Izerska) - 22 lipca 2010

Dla jednych góry są tylko rumowiskiem głazów, dla innych najwspanialszą architekturą, wniesioną ponad przemijaniem i trwaniem, dla jeszcze innych wiecznym niedosytem i niespełnieniem. Czym będą dla was – od was tylko zależy. Kochajcie je – będą coraz piękniejsze!
Władysław Krygowski

Oj, jak bardzo brakowało mi gór. Ostatni raz dreptałam po nich w czerwcu. Ale wreszcie przyszedł na nie czas. To miała być mała rozgrzewka przed Tatrami, w które ruszamy 31 lipca. Tym razem wybór padł na Góry Izerskie. Kilka dni wcześniej udało mi się zarezerwować noclegi w Świeradowie Zdroju, więc 21 lipca bez problemu mogliśmy ruszyć w tamtą stronę. Gór Izerskich jak dotąd nie znałam w ogóle. Zawsze jeździliśmy w położone nieopodal Karkonosze. A szkoda, że nigdy wcześniej nie odkryliśmy ich piękna. Góry Izerskie zajmują 1000 km2, są podzielone między Polskę a Czechy i tworzą zachodni trzon Sudetów. Co prawda mamy do nich kawałek, bo ponad 150 km, ale zawsze można sobie zorganizować kilkudniowy wypad, zwłaszcza, że to niezwykła kraina. Tu na przykład już na wysokości poniżej 1000 m n.p.m. można spotkać kosodrzewinę. Płynąca szczytami Izera wije się niczym dolne biegi wielu rzek. Poza tym zachwycają dość licznie występujące tu torfowiska, zwłaszcza na Hali Izerskiej.

Swoją podróż rozpoczynamy ze Świeradowa-Zdroju. Do schroniska na Stogu Izerskim dostajemy się koleją gondolową (http://www.kolejgondolowa.pl/). Jest to chyba jedna z najnowocześniejszych kolejek w Polsce. Za wjazd na szczyt płacimy po 19 zł, więc cena do najniższych nie należy, zwłaszcza, że podróż trwa niecałe 8 minut. Z jednej strony może dobrze, bo mi już po pierwszej minucie jazdy robi się niedobrze. Całe szczęście, że jest wcześnie, nie ma tak dużo ludzi i mamy cały wagonik dla siebie. Wreszcie trasa się kończy i wysiadamy na górnej stacji kolejki na wysokości 1060 metrów. Po wyjściu na zewnątrz pierwsze co ukazuje się naszym oczom, to znak: "Uwaga żmijowisko. Wstęp wzbroniony". Pewnie mogą tu występować - myślimy sobie. Stok jest południowy, nasłoneczniony i do tego jeszcze prawie goły. Dla przezorności nie zbliżamy się więc do tego miejsca, ale nagle naszym oczom ukazuje się piękna żmija mknąca z jednej strony szlaku na drugą i kierująca się w stronę schroniska. Teraz to już naprawdę należy zachować ostrożność!

Wstępujemy do schroniska na Stogu Izerskim (http://stogizerski.prv.pl/). Jest to dość klimatyczne schronisko, ale spędzamy w nim tylko chwilkę, gdyż chcemy iść dalej póki jest jeszcze chłodno (jak na razie jest tylko 26 stopni, ale potem będzie ich już około 35). Poza tym zgodnie z prognozami po południu pogoda ma się zacząć psuć. Spędzamy więc chwilkę na tarasie, po czym kierujemy się czerwonym szlakiem w stronę Polany Izerskiej. Zgodnie ze znakami powinniśmy znaleźć się na niej za jakieś 50 minut, co chyba tyle czasu nam zajmuje. Tuż za samym schroniskiem spotykamy pierwsze krzewy kosodrzewiny oraz wiele jagódek, które Jacek co chwilę zrywa. Ja, niestety, muszę się pohamować przed jedzeniem niemytych owoców. Ale potem sobie to wynagrodzę. Szlak wiedzie szczytem Gór Izerskich, więc przed nami roztaczają się cudne widoki. Mamy panoramę na całe Karkonosze. Widać bardzo ładnie Szrenicę, Śnieżne Kotły, a nieco dalej Śnieżkę. Dopiero po jakiś 30 minutach, kiedy schodzimy nieco niżej, drzewa zasłaniają widoki. Na szczęście dają pożądany dziś cień. W pewnym momencie droga idzie mocno w dół, a naszym oczom ukazuje się Polana Izerska. Jesteśmy teraz na wysokości 965 m n.p.m. na wysokogórskiej polanie, która w kilku miejscach jest podmokła i zatorfiona. Niegdyś znajdowała się tu osada leśna złożona z kilku bud. Obecnie mamy tu tylko budowle nadleśnictwa i małą wiatę dla turystów, która doskonale chroni przed słońcem i deszczem. Chwila odpoczynku i zmierzamy na Halę Izerską.

Szlak na nią prowadzi asfaltową drogą, która pod wpływem upałów dziś panujących staje się niekiedy aż miękka. Pomimo tego, że idziemy między drzewami, to nie ma cienia, tylko skwar i skwar. Po jakichś 40 minutach wędrówki docieramy na Halę Izerską, położoną na wysokości 840-880 m n.p.m. Leży ona w dolinie rzeki Izery. Tu właśnie znajdują się stanowiska najniżej występującej kosodrzewiny. Hala Izerska to bardzo duża łąka, na której kiedyś znajdowała się osada Wielka Izera. Dziś w zasadzie po niej nie pozostało nic poza Chatką Górzystów, czyli bardzo ciekawym schroniskiem. Hala Izerska częściowo obejmuje rezerwat Torfowiska Doliny Izery. Wracamy jednak do Chatki Górzystów. Tu spędzamy bowiem dłuższy czas. Schronisko (http://chatkagorzystow.prv.pl/) to jest wyjątkowe w Górach Izerskich, gdyż jest ono pozbawione wszelkich wygód. Nie ma tu na przykład prądu, co wielu turystów sobie chwali. Tu właśnie zjadam ogromną miskę jagód kupionych za 4 zł (wynagrodziłam sobie niemożność jedzenia ich z krzaka :)) Po jakiś 30 minutach odpoczynku ruszamy w drogę powrotną. Mnie, oczywiście, kusi dalsze zmierzanie czerwonym szlakiem, który prowadzi w stronę Jakuszyc. To jednak jest pomysł nierealny, gdyż nocleg mamy w Świeradowie, a i wysiłek trzeba dawkować.
Wracamy więc na Polanę Izerską. Na szczęście przez połowę drogi sprzyjała nam chmura, która zasłoniła niebo, więc było troszkę chłodniej. Potem zaś, za Polaną Izerską, schowaliśmy się w lesie, idąc niebieskim szlakiem do samego Świeradowa. Z każdą chwilą robi się coraz bardziej duszno, aż w końcu zaczyna grzmieć. Widzimy za sobą ciemną chmurę. Nad Halą Izerską, a na pewno w Szklarskiej Porębie już leje. My mamy nadzieję, że zdążymy dotrzeć do miasta, nim lunie. Szlak mocno idzie w dół, więc już nas bolą nogi, zwłaszcza palce u nóg do schodzenia. Ponadto duchota daje się we znaki. Po jakieś 60 minutach drogi wychodzimy obok uzdrowiska Świeradów-Czerniawa, gdzie zatrzymujemy się na leczniczą wodę. Kiedy tylko docieramy do pensjonatu, zaczyna lać. Uff, zdążyliśmy przed deszczem :)



wtorek, 22 czerwca 2010

Kalenica - 6 czerwca 2010 roku (Góry Sowie)

Kalenica (964 m n.p.m.) to wierzchołek znajdujący się w Górach Sowich, o których już pisałam przy okazji wejścia na Wielką Sowę. Najlepiej jest na nią wejść z Przełęczy Jugowskiej, co też my czynimy. Jacek zostaje dziś w domu z powodu kontuzji kolana, więc na szczyt wybieramy się w składzie: mama, Ola i ja. Dojazd do Przełęczy Jugowskiej to niełatwa sprawa, zwłaszcza, że droga mocno wije się lasem. Kiedy jednak docieramy na miejsce startu wspinaczki wita nas dość ładny parking. Co prawda oznaczenie szlaków nie jest tu dość dobre, ale skoro w tę stronę idzie się na Wielką Sowę, to na pewno w przeciwnym kierunku będzie na Kalenicę. Przechodzimy więc na drugą stronę ulicy i wchodzimy na czerwony szlak (Główny Szlak Sudecki). Tu jest, oczywiście, o wiele mniej ludzi niż na szlaku prowadzącym na Wielką Sowę.

Droga przebiega nam bardzo spokojnie. Na samym początku jest leciutko pod górkę, ale kiedy dochodzimy do stacji wyciągu teren się spłaszcza i teraz przemieszczamy się między bukami rezerwatu "Bukowa Kalenica". Rezerwat ten został stworzony w celu ochrony naturalnej sudeckiej przyrody. Jest to rezerwat leśno-florystyczny i zajmuje około 28 hektarów. Obejmuje on poza Kalenicą także szczyt Słonecznej. Tuż pod jego samym szczytem rośnie dużo skarłowaciałych i poskręcanych buków (mają one zaledwie tylko kilkanaście metrów).

Docieramy do miejsca, gdzie znajduje się mała polanka Rymarz. Tu można spotkać dość dużo ludzi, którzy pieką kiełbaski przy ognisku. My jednak idziemy dalej, mając nadzieję, że na szczycie kalenicy znajdzie się także miejsce na ognisko. Jak na razie cały czas idziemy lasem, szlak zaczyna się piąć coraz bardziej w górę. Chyba pierwszy raz czuję dziś lekkie zmęczenie. W końcu docieramy na grzbiet Kalenicy, ale jeszcze nie na jej najwyższy wierzchołek. Najpierw pokonujemy jeszcze dość wąski szlak między drzewami. Na chwilkę także zatrzymujemy się na małych skałkach, gdzie robimy kilka zdjęć. Za jakieś 3 minuty znajdujemy się na Kalenicy. Szybko wchodzimy na 20-metrową wieżę widokową (70 schodków), skąd roztaczają się dziś również piękne widoki. Bardzo ładnie widać Wielką Sowę z wieżą widokową. W tle zarysowują się Karkonosze ze Śnieżką. Z drugiej strony dumnie prezentują się Góry Bystrzyckie, Bardzkie, Masyw Śnieżnika.



Po zejściu z wieży widokowej idziemy piec kiełbaski, ponieważ akurat pali się ognisko. Na szczycie jest bardzo mało ludzi, więc panuje tu bardzo kameralna atmosfera. Po jakiejś pół godzinie opuszczamy szczyt, kierując się w stronę Schroniska "Zygmuntówka". Położone jest ono na wysokości 740 m n.p.m. Schronisko to jest bardzo stare, bo pamięta jeszcze czasy przedwojenne, ale jednocześnie bardzo zaniedbane moim zdaniem. Nie spędziłabym tam nocy, gdyż jako jedno z wielu schronisk, jakie w swoim życiu odwiedziłam, to wywarło na mnie złe wrażenie. Poza tym pod schroniskiem biegało sporo zwierząt, między innymi kozy. Spędziliśmy tam tylko chwilkę i szybko ruszyliśmy pod górkę na Przełęcz Jugowską.




czwartek, 17 czerwca 2010

Waligóra i Ruprechticki Szpiczak - 4 czerwca 2010 (Góry Suche)

Na włóczęgę już wyruszyć przyszła pora
Las nas goni śpiewem ptaków, szumem drzew
I wołają nas już pola i jeziora
Zeszłoroczny nasz wesoły pomnąc śpiew

Ludzie maja swoje sprawy, ludzie lubią się bogacić
Pełne brzuchy mają, chcą mieć pełen trzos
A ja gonię, a ja gonię swe marzenia
Szczęścia szukam gdzie kaczeńce i gdzie wrzos

Tym co iść nie lubią mówię do widzenia
Za dni kilka może znów powrócę tu
Idę w świat by tam dogonić swe marzenia
Aby spełnić kilka swoich złotych snów

Do trzech razy sztuka... To powiedzenie znakomicie się sprawdza w przypadku Waligóry, bowiem wybieraliśmy się na nią już 2 razy wcześniej, ale pogoda krzyżowała nam szyki. Dziś na szczęście pogoda dopisała, więc mogliśmy ruszyć do Rybnicy Leśnej, by stamtąd ruszyć zdobywać Góry Suche, wchodzące w skład Gór Kamiennych. Znajdują się one w Sudetach Środkowych i biegną wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Góry Kamienne dzielą się na 4 pasma: Góry Suche, Pasmo Lisistej, Czarny Las i Góry Krucze. My za cel obieramy sobie to pierwsze pasmo, a właściwie jego fragment. Zbudowane jest ono ze skał wulkanicznych, głównie magmowych. Góry cechują się krajobrazem typowym dla gór niskich, ale przy tym są bardzo zróżnicowane. W większości są porośnięte lasem, zwłaszcza sztucznie zasadzonym świerkiem. Szczyty mają budowę wypiętrzonych stożków, co potwierdza Waligóra, która znajduje się tuż za schroniskiem Andrzejówka. Ona będzie dziś naszym celem. Cel ten wydaje się bliski, ale bardzo stromy.

Ruszamy więc w trzyosobowej ekipie. Auto zostawiamy na parkingu tuż pod schroniskiem Andrzejówka. Spoglądamy jeszcze szybciutko na mapę ina tablicę ze szlakami i ruszamy. Jednak już na samym początku mylimy szlaki (co nam zresztą wyszło na dobre:)). Zamiast iść od razu żółtym szlakiem na Waligórę, kierujemy się czerwonym w stronę Przełęczy pod Szpiczakiem. Co ciekawe na samym początku nawet nie jesteśmy tego świadomi i idziemy dalej. Coś jednak wydaje nam się podejrzane, gdyż szlak coraz bardziej zmierza w dół, a my oddalamy się od Waligóry, którą zostawiamy w tyle. W końcu orientujemy się, że idziemy nie tym szlakiem (czerwony i żółty były tak blisko siebie na mapie, że je najzwyczajniej pomyliliśmy). Po jakichś 40 minutach wędrówki docieramy na Przełęcz pod Szpiczakiem.

Stąd na Waligórę jest 40 minut drogi, ale wejściem od innej strony. Zanim jednak się tam skierujemy, decydujemy się pójść zielonym szlakiem na Ruprechticki Szpiaczak. Mapa pokazuje, że jest do niego 10 minut drogi, co jednak okazało się nieprawdą, gdyż stromą drogą i jeszcze czasami błotnistą szliśmy jakieś minut 25. Szlak wiedzie granicą polsko-czeską, aż w końcu znajdujemy się po czeskiej stronie. Tu las się przerzedza, a naszym oczom ukazują się cudne widoki :) Jesteśmy na szczycie Ruprechtickiego Szpiczaka (880 m n.p.m.). Na takie widoki i taką pogodę czekałam bardzo długo. Wreszcie świeci słoneczko, nie ma śniegu, deszczu, a widoczność sięga kilkudziesięciu kilometrów. Na szczycie znajduje się wieża widokowa, na którą wdrapujemy się z Jackiem. Mama czeka na nas na dole, bo ma lęk wysokości. Z góry roztaczają się piękne widoki. Każda z czterech stron świata zachwyca nas pięknymi górami. Widać między innymi Rudawy Janowickie, które odwiedziliśmy w lutym podczas ferii zimowych. Naszym oczom ukazuje się, oczywiście, Śnieżka, którą ostatnio coraz częściej widać także z moich rodzinnych stron (okolic Zalewu Mietkowskiego).

Na górze bardzo wieje i jest zimno, więc schodzimy, przysiąść chwilę na ławeczce. Przy okazji wpisujemy się do księgi turystów, znajdującej się w metalowej oprawie i na łańcuchu :) Super pomysł. Jeszcze takiego czegoś nie widziałam. Po posileniu się, ruszamy zdobywać Waligórę. Musimy wrócić na Przełęcz pod Szpiczakiem, by stamtąd czarnym szlakiem, a potem żółtym osiągnąć szczyt. Teraz już jak na dłoni po prawej stronie mamy Waligórę. Droga na nią najpierw jest płaska, ale szybko zaczyna piąć się pod górę. Podziwiam w tym momencie ludzi mijających nas na rowerach. Nie odważyłabym się na taki wyczyn. W końcu znajdujemy się na szczycie Waligóry. Hmm... niczym szczególnym ona mnie nie zachwyca. Znajduje się tu niewielka polanka oraz kamienny słup z napisem Waligóra (936 m n.p.m.).

Widoki są mocno ograniczone przez wysokie drzewa. Spędzamy tu chwilkę i schodzimy. Kusi nas żółty szlak, który w ciągu 20 minut prowadzi do schroniska. Gdybyśmy jednak wiedzieli, jak ciężkie jest to zejście, to pewnie byśmy się na nie nie zdecydowali. Szlak idzie ostro w dół (nachylenie ponad 45 stopni jak nic), a do tego jeszcze jest bardzo kamienisty, co skutkuje poślizgnięciem się i upadkiem. Ostrożnie trzeba stawiać każdy krok, gdyż można także zahaczyć o wystające konary drzew. Rzeczywiście na dole jesteśmy dość szybko, ale zejście było wymagające. Jeszcze podczas schodzenia z Waligóry oraz już pod samym schroniskiem podziwiamy paralotniarzy, których jest tutaj bardzo dużo.
Waligóra po wielu próbach zdobyta :)



środa, 9 czerwca 2010

Polica (Beskid Żywiecki) - 3 maja 2010

To, niestety, nasz ostatni dzień pobytu w Beskidzie Żywieckim. A szkoda, bo pogoda zaczęła się poprawiać. Co prawda rano jeszcze nieco padało, ale na horyzoncie widać było już przejaśnienie. Postanawiamy więc wejść na Policę w Paśmie Polic Beskidu Żywieckiego. Pakujemy się szybciutko i ruszamy z Zawoi do Skawicy - to miejscowość tuż obok, na trasie do Makowa Podhalańskiego, czyli dla nas jak najbardziej po drodze. Kiedy zajeżdżamy do miejsca, gdzie rozpoczyna się niebieski szlak, zaczyna lać deszcz. Czyżby dziś miała się powtórzyć sytuacja z wczoraj? Chwilkę czekamy w aucie i kiedy deszcz robi się coraz słabszy, ruszamy na szlak, idąc póki co pod drzewami. Na szczęście szybko przestaje padać i robi się o wiele cieplej, więc można spokojnie wędrować. Nasza mapka dziś okazała się zgubna, bo na znakach były podane zupełnie inne czasy przejść, więc szliśmy troszkę zdezorientowani, nie wiedząc dokładnie, w którym miejscu jesteśmy. Droga, oczywiście, pięła się mocno w górę, więc kolejny raz stwierdziłam, że Beskid Żywiecki jest wyjątkowo męczący pod tym względem. Znacznie bardziej niż Tatry i inne góry, które miałam okazję odwiedzić. Szlak, którym idziemy jest prawie pusty. Mijamy gdzieniegdzie tylko pojedynczych turystów, zmierzających zapewne tam, gdzie my. Pierwszy przystanek robimy sobie na niewielkim punkcie widokowym.

Rzeczywiście, dziś pejzaże są o niebo lepsze niż wczoraj. Ale to nie jest jeszcze to, czego oczekiwałam. Nie udało mi się bowiem z Babiej Góry zobaczyć moich ukochanych Tatr. Idziemy dalej i wyżej. Szlak biegnie lasem, który jest pozostałością po Puszczy Karpackiej. Po jakiejś godzince wędrówki i pokonaniu stromego zbocza Okrąglicy, las zaczyna się przerzedzać, a naszym oczom ukazuje się Hala Krupowa. Stąd na Policę już niedaleko. Na Hali mocno wieje, więc chronimy się w Schronisku PTTK na Hali Krupowej, które znajduje się w tym miejscu (http://www.krupowa.gory.pl/).


Jest ono bardzo przyjemne, a przede wszystkim jest tu mało ludzi. Pomimo tego, że już zbliża się południe, a my dziś mamy do pokonania sporo drogi, żeby dotrzeć do domu, decydujemy się wejść na Policę. W końcu dzieli nas od niej tylko 30 minut drogi. Po przejściu króciutkiej polanki znajdujemy się w lesie, a właściwie Rezerwacie przyrody na Policy im. prof. Zenona Klemensiewicza. Obejmuje on prawie 59 hektarów lasu świerkowego, zachowanego w naturalnym stanie. Pewnie was zdziwi, dlaczego rezerwat poświęcono językoznawcy. Otóż Klemensiewicz zginął w katastrofie lotniczej, która miała miejsce na Policy 2 kwietnia 1969 roku. Jakieś pół godzinki miejscami dość stromej wędrówki borem świerkowym i jesteśmy właśnie na jej szczycie. Wieje tu strasznie. Samo miejsce moim zdaniem do najpiękniejszych nie należy. Na szczycie jest dużo połamanych drzew. Jak dla mnie szczyt robi wrażenie miejsca bardzo zniszczonego.

Na szczycie znajduje się pomnik poświęcony ofiarom wspomnianej już katastrofy lotniczej. Został on ustawiony tu na pamiątkę 40 rocznicy katastrofy, w której zginęły 53 osoby. Widoczność jest ograniczona, więc udaje nam się zobaczyć tylko co bliższe górki. Zejście z Policy do Skawicy mija nam dość szybko, ale na początku drogi jest mi strasznie zimno. Kiedy jednak dochodzimy do Hali Krupowej poprawia się nieco widoczność. Na dole jesteśmy około godziny 14.00. Żal odjeżdżać do domu, zwłaszcza, że wychodzi słoneczko, które pięknie oświetla szczyty. W Skawicy zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę koło małych owieczek.