środa, 12 lipca 2017

Andrzejówka - Ruprechticky Spicak - 12 lipca 2017


Kolejny raz na Ruprechticki Szpiczak? A czemu nie?  Zwłaszcza, że czasu niewiele, a chęć do wędrówki duża. Poza tym tak pięknie prezentował się nam na sobotnim zlocie (a wtedy trasa wycieczki go nie obejmowała). Plan wejścia był tym razem z Ruprechtic, ale znów nie wyszedł. Tak więc kolejny raz startujemy z Andrzejówki, do której dojeżdżamy około godziny 16. Jak na nas późno, ale w tygodniu na szczęście panuje tu spokój.
Kierujemy się od razu na szlak. Na jaki? Nie wiem ;) Idę na pamięć. Z tego, co kojarzę to jest to chyba jakiś szlak rowerowy. Droga jest szeroka, bardzo przyjemna. Prowadzi lasem, ale z prawej strony co jakiś czas odsłaniają się widoki, zwłaszcza na Góry Sowie. Po około 30 minutach drogi dochodzimy do Przełęczy pod Granicznikiem. Położona jest ona na wysokości 780 m n.p.m i stanowi obniżenie wcinające się między Granicznika a Ruprechticki Szpiczak. Znajduje się tu węzeł szlaków, mapa oraz wiata turystyczna. W tym miejscu można skręcić w niebieski szlak i przejść kawałeczek lasem, skracając sobie nieco drogę (może o 200 metrów). My jednak idziemy cały czas tę samą ścieżką, która i tak za kawałek łączy się z niebieskim szlakiem. I w zasadzie od tego momentu zaczyna się dość strome podejście na Szpiczak.


 Nie jest jednak tak strome jak na przykład Włostową. Zmęczyć się tak naprawdę chyba nie można. A jeśli ktoś się zmęczy, to czekają na niego na szczycie o wysokości 880 metrów przepiękne widoki. By je ujrzeć nawet nie trzeba wchodzić na znajdującą się  wieżę widokową. Ale z wieży to już widoki bajka. Dziś pomimo tego, że burzowo-deszczowe chmury wiszą nad głowami, to widoki są całkiem niezłe. Wieża powstała w 2002 roku i ma 32 metry wysokości. To dość sporo. Pozwala więc na obserwację bliższych i dalszych górek. Widać między innymi Karkonosze ze Śnieżką, Brumowskie Ściany, Góry Stołowe i oczywiście Góry Suche. Na szczycie pustka, na chwilę przybywają tu tylko jacyś dwaj panowie z reklamówką i aparatem w ręku. Robią zdjęcia i schodzą. A my siedzimy i podziwiamy widoczki. Nie spieszy nam się. Ostatecznie do zejścia motywują nas coraz ciemniejsze i gęstsze chmury. Schodzimy tak samo, jak weszliśmy i zdążymy w ostatniej chwili, bo po paru minutach zaczyna się ulewa.










 

 



 









3 komentarze:

  1. O proszę. Ja prawie 2 tygodnie wcześniej zdobywałam go po raz pierwszy :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A my standardowo mniej więcej 2 razy w roku ;)

      Usuń