wtorek, 31 sierpnia 2010

Magura Witowska, Kojsówka, Płazówka, Mietłówka, Gubałówka (Pogórze Spisko-Gubałowskie) - 5 sierpnia 2010

To był szalony pomysł - nie mój, tylko J., oczywiście ;) Siadł dzień wcześniej ze swoim atlasem Tatr i stwierdził, że następnego dnia wejdziemy na Magurę Witowską. Szczyt niski, więc się nie zmęczę, a poza tym może będą z niej piękne widoki na Tatry. Tak, na Tatry, bowiem Magura należy już do Pogórza Spisko-Gubałowskiego, a dokładnie Orawicko-Witowskich Wierchów. Zmęczyć się nie zmęczyłam, ale widoków żadnych nie zobaczył, gdyż to niewielkie wzniesienie o wysokości 1232 m n.p.m. jest całkowicie porośnięte drzewami, które ograniczają widoczność. Nie powiem jednak, żeby mi się nie podobało, bo szlak były cały dla nas! Nikt nie zmierzał w tym kierunku. Tylko na samym początku wycieczki spotkaliśmy kilka grzybiarzy. Nam tez zresztą udało się zerwać kilka grzybków. Tak więc szlak był nasz, ale jaki to był szlak!!! Błoto sięgało czasem po kolana, więc wspinaczka często sprowadzała się do wędrówki po lesie lub poszukiwania suchego lub możliwego do przejścia skrawka ziemi. A to często graniczyło z cudem!
Swoją wędrówkę zaczęliśmy w Kojsówce, gdzie dojechaliśmy z Krzeptówek busem zmierzającym w stronę Czarnego Dunajca. Stamtąd podeszliśmy jakieś 500 metrów i już znaleźliśmy się na czarnym, błotnistym i rozjeżdżonym przez ciągniki szlaku prowadzącym ku szczytowi. Pomimo tych niedogodności drogę pokonywało się bardzo przyjemnie: wszędzie cisza, choć czasem zagłuszona piłami. Najważniejszy jest jednak spokój wynikający z braku ludzi, których na tatrzańskich szlakach jest co niemiara. Jacek jak zwykle po drodze zrywa jagódki, a potem trafia mu się kilka grzybków.

Pierwszy przystanek robimy sobie na Przysłopie Witowskim (1164 m n.p.m.). U południowo-wschodnich podnóży Przysłopu znajduje się Brama Orawska, która oddziela Tatry Zachodnie od Orawicko-Witowskich Wierchów. Przysłop znajduje się jakieś 50 metrów od granicy polsko-słowackiej, wzdłuż której będziemy teraz zmierzać na Magurę. Tu też zacznie się najbardziej błotnisty fragment całego szlaku. W niektórych miejscach nie będzie jak go pokonać. J. jeszcze jakoś sobie radzi, ale ja panicznie bojąca się kleszczy unikam jak mogę rosnących wszędzie paproci. Dlatego też tylko w niektórych miejscach decyduję się przez nie przedrzeć. Było jednak kilka chwil zwątpienia - już miałam się poddać i zawrócić, zwłaszcza kiedy rysował się przede mną długi błotnisty odcinek. Na szczęście upór okazał się silniejszy :)

I tak oto tym sposobem po jakichś 2 godzinach od znalezienia się w Kojsówce trafiliśmy na szczyt Magury Witowskiej (1232 m n.p.m.). Niestety, nie zachwyciła ona nas niczym szczególnym, zwłaszcza, że ze szczytu nie było żadnych widoków. Teren był całkowicie zalesiony. Na mapce pokazana była wiata. Niestety, w rzeczywistości nie istniała ona. Siedliśmy sobie więc na małym pniaczku i posililiśmy się kanapkami i galaretkami, na które dzień wcześniej naszła mnie ogromna ochota.

Na szczycie znajdował się tylko słup z tabliczkami informującego nas, gdzie jesteśmy i ile czasu potrzeba, aby dostać się do Oravic, czyli najbliżej położonej miejscowości na Słowacji. Mieliśmy w planach tam pójść, ale z naszych wyliczeń wyszło, że nie zdążylibyśmy wrócić do Zakopanego przed nastaniem wieczora. Wybraliśmy więc inną i chyba o wiele ciekawszą opcję. Ale za to bardziej męczącą. Postanowiliśmy zejść do Kojsówki i stamtąd przez Płazówkę i Mietłówkę dostać się na Gubałówkę. W jakąś godzinkę zeszliśmy więc cali w w błocie ze szczytu i znaleźliśmy się w Kojsówce. Przeszliśmy na drugą stronę Czarnego Dunajca i stąd mogliśmy już ruszać do Mietłówki. Wzdłuż całej trasy biegła droga krzyżowa, więc ona dawała nam orientację, gdzie mniej więcej jesteśmy i ile jeszcze nam zostało, aby dotrzeć do kościoła w Płazówce. Już od pierwszych kroków szlak, wiodący asfaltem zaczął piąć się mocno w górę. Najpierw idziemy lasem, po minięciu którego zaczynają się z naszej prawej strony roztaczać cudowne widoki Tatr Zachodnich z doskonale widocznymi dolinami: Kościeliską i Chochołowską. Przed nami widać natomiast Płazówkę, czyli niewielką osadę z kilkunastoma domkami i zabytkowym kościołem, do którego prowadzą wspomniane wcześniej stacje drogi krzyżowej.

Teraz teren się spłaszcza, a my idziemy grzbietem. Ale to jeszcze nie koniec wspinaczki, bo najgorsze będzie przed nami, kiedy trzeba będzie się dostać na szczyt Mietłówki i Gubałówki. Tymczasem powoli docieramy do kościoła, a dokładnie Kaplicy Gazdowskiej pw. św. Anny - cała drewniana i pochodząca z 1891 roku. Przed kaplicą nas szlak skręca w lewo i pnie się mocno w górę. To jest właśnie ten najgorszych dzisiejszy odcinek. około 20 minut ostrej wspinaczki nieco mnie zmęczyło, więc chwilę odpoczywamy. Potem już jest w porządku. Idziemy bowiem cały czas grzbietem: raz lasem, raz łąkami. Dystans dzielący nas od Gubałówki nadal jest jeszcze duży. Dowiadujemy się od mijanych czasami turystów, że oni idą z przeciwnego kierunku godzinę, czasem dwie. Mnie akurat ten czas nie przeszkadza, bo spacerek jest naprawdę przyjemny. Gorzej jest ze szlakiem, po którym się poruszamy, bo jest on porozjeżdżany przez quady, więc trzeba co chwilę szukać awaryjnej drogi.

Większy przystanek robimy sobie na Mietłówce, czyli polanie, która ma ponad kilometr długości. Jest ona porośnięta różowymi kwiatami. Stąd roztaczają się cudowne widoki: z jednej strony na Tatry Zachodnie, a z drugiej na Babią Górę, Policę i Gorce. Miejsce to jest cudowne i urzekające. Mam wrażenie jakby czas tu się zatrzymał. Uroku dodają mu jeszcze zgromadzone kopki siana, zwane przeze mnie chochołami oraz pojedyncze chatki. Sielski obrazek, za którym tęskni się cały rok. I to na wysokości około 1100 m n.p.m. :)
Idziemy cały czas przed siebie, nie wiedząc, ile jeszcze zostało do Butorowego Wierchu, ale sądząc po liniach energetycznych i widocznym maszcie, to musi to być już blisko. Staramy się spieszyć nieco, bo na niebie pojawiają się burzowe chmury. Oby tylko z nich nie padało, bo nawet nie mamy się gdzie schronić. Na szczęście po jakichś 20 minutach docieramy do Pałkówki, skąd na przełaj, grzbietem Butorowego Wierchu, dostajemy się na Czajki, gdzie po zrobieniu ponad 20 km należy nam się odpoczynek ;)

4 komentarze:

  1. jetsem co roku na kojsowce, to miejsce mnie bardzo urzeklo - jest cudowne

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się - jak dla mnie to góry w czystej postaci z ich pięknem i naturalnością.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiecie co? Jesteście jak zaraza. Przeczytaliśmy niedawno relację z Waszej trasy i zaraziliście nas. Nigdy nie mieliśmy czasu wstąpić na Pasmo Gubałowskie. Tydzień temu jednak nie odpuściliśmy i mało tego, przeszliśmy mniej więcej podobną trasę, choć zimą i w przeciwnym kierunku. Torchę inne klimaty, ale było równie przepięknie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo góry w ogóle są jak zaraza, która w dodatku jest uzależnia od siebie. Ale chyba za to je wszyscy kochamy :) Mnie jakoś zimą nigdy nie udało się odwiedzić Tatr i ich rejonów. Pokonywanie trasy z Wrocławia do Zakopanego w mroźną porę jakoś mnie przeraża...

    OdpowiedzUsuń