czwartek, 28 lipca 2011

Szczyrk - Klimczok - Szyndzielnia - Błatnia - Szczyrk (Beskid Śląski) - 23lipca 2011

Ścieżki rozwidlone
Urazy zapieklone
Osiki roztrzęsione
Dzbany niezgłębione
Beskidy

Potoki rozmodlone
Myśli rozpalone
Graby zawęźlone
Wiatry roztańczone
Beskidy

A potem dzień
jak kwiat
rankiem oroszony
słonkiem zapłodniony
Motyl i człowiek
jak brat
Beskidy

Jarami pełnymi strachu
schodzi sen
czysty jak łza
Nie mogę odejść
Jesteśmy związani
Beskidy i ja.
Gabriel Palowski


Po dwóch deszczowych dniach wreszcie na niebie pojawiło się słoneczko. Takiego dnia nie można stracić. Postanowiliśmy więc wybrać się na dłuższą wycieczkę, zaliczając jednego dnia 3 schroniska. Plan ambitny, ale, oczywiście, do wykonania.  Oby tylko nie spadł deszcz. Postanowiliśmy bowiem zdobyć Klimczok, Szyndzielnię i Błatnią.
Z samego rana wyruszyliśmy z naszego pensjonatu i daliśmy się do centrum Szczyrku, ponieważ tam zaczynał się zielony szlak, prowadzący na Klimczok (1117 m n.p.m.). Po jakichś 30 minutach wędrówki przez miasto dotarliśmy do przystanku PKS, gdzie wkroczyliśmy w las. I tu zaczęła się już od samego początku dość ostra wspinaczka, najpierw po betonowych płytach, a potem już typowo leśną dróżką. Na szlaku poza nami nie było nikogo, więc mogliśmy wsłuchać się w płynący obok nas potok. Z racji tego, że droga pięła się dość mocno w górę, to naszym oczom szybko ukazały się piękne widoki. Po prawej stronie cały czas mieliśmy Skrzyczne.
Marzyłam o tym, żeby je zdobyć jutro, mając nadzieję na piękną pogodę. Zapatrzeni w Skrzyczne o mało co nie przeoczylibyśmy sarenki, która czaiła się na drodze. Udało nam się do niej podejść dość blisko i zrobić zdjęcie. Niestety, drobny szelest spowodował, że pognała dalej. Ruszyliśmy więc w dalszą drogę, docierając do miejsca zwanego Na pięciu drogach. To tu krzyżowały się szlaki niebieski z zielonym. My obraliśmy teraz za cel ten pierwszy, który prowadził do schroniska na Klimczoku. Dojście do niego z samego dołu zajęło na jakieś półtorej godziny. Dałoby się szybciej, gdyby nie jagody... Były niemal jak plaga.
No, ale dotarliśmy do schroniska (http://www.schroniskoklimczok.com.pl/index.html), gdzie się posililiśmy i napoiliśmy. Schronisko owo jest bardzo klimatyczne, znajduje się na wysokości 1034 m n.p.m. i jest tu trochę atrakcji, typu basen, ścianka wspinaczkowa itp. Zwane niegdyś było Klementynówką, dziś schroniskiem PTTK na Klimczoku, choć bliżej mu do Magury niż Klimczoka. Ze Schroniska ruszamy przez Przełęcz Kowiorek (Siodło pod Klimczokiem) i kierujemy się na Klimczok.
Podejście jest dość strome, dlatego zbudowano tu stok narciarski, gdzie działa wyciąg. Ze szczytu roztaczają się piękne widoki, chyba jedne z najpiękniejszych w Beskidzie Śląskim. Jego wierzchołek ma kształt zaokrąglonego kopca. Przed wyjazdem wyczytałam, że na Klimczoku tylko przez 79 dni świeci słońca. Znając swojego pecha do pogody, byłam niemal pewna, że spotka nas tu deszcz. A tymczasem miła niespodzianka. Słoneczko mocno świeciło, widoki piękne, a ja żałowałam, że założyłam długie spodnie.
Z Klimczoka kierujemy się żółtym szlakiem w stronę Szyndzielni (1028 m n.p.m.). Jest ona położona niżej niż Klimczok, więc musimy zejść nieco w dół. Tu jednak skończyła się sielanka, czyli brak ludzi, którego doświadczyliśmy podczas wejścia do schroniska pod Klimczokiem. Teraz mijamy się z tłumami, które w większości wjechały kolejką na Szyndzielnię i stamtąd maszerują dopiero na Klimczok. Szlak idzie lasem, widoków nie ma w zasadzie żadnych, poza ukazującą się chyba z dwa razy panoramą Bielska-Białej. Mijamy tabliczkę informującą nas, że jesteśmy na Szyndzielni.
Chcąc jednak dostać się do schroniska (http://www.szyndzielnia.com.pl/index.html), trzeba zejść kilkadziesiąt metrów niżej. Schronisko bowiem znajduje się na wysokości 1001 m n.p.m. Jest to najstarsze schronisko w Beskidach, architekturą nawiązuje do schronisk alpejskich, zbudowano je z kamienia. Mnie jednak mimo wszystko podoba się bardziej schronisko na Klimczoku. Poza tym tam było dużo mniej ludzi niż tu. Niestety, spod schroniska nie ma żadnych widoków, choć napisano w mojej książeczce o Beskidach, że roztacza się stąd panorama na Bielsko-Białą. Ale chyba się pomylili bardzo, bo owe piękne widoki roztaczają się z miejsca, gdzie znajduje się stacja kolei linowej. Tak nam przynajmniej powiedzieli inni turyści, bo my w to miejsce już nie szliśmy. Woleliśmy za to udać się na Błatnią. Najpierw trzeba było wrócić kawałeczek żółtym szlakiem, a potem skręcić w prawo na czarny szlak, który w jakieś półtorej godziny miał nas doprowadzić na Błatnią (917 m n.p.m.) i do znajdującego się na niej schroniska. Zaraz po wejściu na czarny szlak pojawiła się plaga, czyli jagody, którym J. znów nie mógł się oprzeć. Tak więc droga zajęła nam troszkę więcej czasu. Roztaczały się z niej, przynajmniej na początkowym i na środkowym etapie piękne widoki. Z jednej strony na Bielsko-Białą i okoliczne miejscowości oraz Zbiornik Goczałkowicki, z drugiej na góry.
W pewnym momencie czarny szlak łączy się z żółtym, prowadzącym z Klimczoka. Tu robi się trochę tłoczniej,ale i tak jest luźniej niż w okolicach Szyndzielni. Mijamy po drodze Trzy Kopce, Rezerwat Przyrody "Stok Szyndzielni" oraz Stołów. Po dość długiej wędrówce docieramy na Szyndzielnię i od razu kierujemy się do położonego o 26 metrów niżej schroniska (http://pl.wikipedia.org/wiki/Schronisko_PTTK_na_B%C5%82atniej). Błatnia (zwana niegdyś Błotny) to najniższy szczyt z dzisiaj zdobytych, ale za to roztaczają się z niego ładne widoki. Pod schroniskiem zjadamy resztki tego, co mamy i ruszamy w drogę powrotną.
Zauważamy, że na niebie pojawia się coraz więcej chmur. Myślimy, że to chyba koniec pięknej pogody. I jak się jutro okaże, wcale się nie myliliśmy. Nie wracamy na Klimczok, ale mniej więcej w połowie drogi skręcamy w stronę Przełęczy Kakoszczonka i Chaty Wuja Toma. Idziemy ścieżką rowerową, bo chyba tędy nie prowadzi szlak pieszy. Szybko wytracamy wysokość i w jakieś 30 minut znajdujemy się na Przełęczy Karkoszczonka (729 m n.p.m.), na której to właśnie znajduje się wspomniane schronisko. Nie wchodzimy jednak do niego, tylko kierujemy się w stronę Szczyrku. Pod nogami pojawiają się betonowe płyty, a nad głowami coraz gęstsze warstwy chmur. Na szczęście udaje nam się wrócić do domu w suchych ubraniach. Wreszcie udało nam doświadczyć górskiej wędrówki w normalnych pod względem pogody warunkach :)

11 komentarzy:

  1. Witaj Małgosiu, opisana trasa jest jedną z moich ulubionych, którą pokonują podczas niedzielnych wypadów w Beskidy. Średnio raz na dwa lata w różnych wariantach i kierunkach odwiedzam to co ładnie opisujesz. Pozdrawiam serdecznie.

    PS. Zdjęcie z sarenką super!

    OdpowiedzUsuń
  2. Małgoś, a ja myslałam, że to wielki powrót w Beskid :) A podejście pod Klimczok wygląda bardzo znajomo. POza tym trasa bardzo przyjemna w ogejściu :)
    -----------------------------------
    Zapraszam:
    Para w kuchni.
    Na turystyczny szlak!

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno jeszcze tam wrócimy, zwłaszcza, że pogoda sprawiła, że nie udało nam się zdobyć Baraniej Góry i kilku szczytów w okolicy Ustronia. No i Czupel czeka także na zdobycie :)
    Sarenka była bardzo fotogeniczna i chętnie pozowała do zdjęć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurczę, zazdroszczę tych gór... Sama mieszkam na nizinie ;)

    Pozdrawiam

    Sol

    PS. Zapraszam czasem do mnie:
    http://turystycznyprzewodnik.blogspot.com/

    Ponadto przez cały październik (czyli od jutra) będzie u mnie trwał konkurs z fajnymi nagrodami. Będzie mi miło, jeśli weźmiesz udział.

    OdpowiedzUsuń
  5. urocze to ostatnie zdjęcie, miło pooglądac wakacyjne, ciepłe zdjęcia w ten listopadowy wieczór

    OdpowiedzUsuń
  6. Oglądając Wasze zdjęcia aż jeszcze bardziej tęsknię za latem... za polaną na Błatniej i przepyszną pajdą ze smalcem z tamtejszego schroniska :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne miejsce i piękna wędrówka. Klimczok ze swoim siodłem i schroniskiem na przeciwległym zboczu ma swój specyficzny, uwodzicielski urok. Wasza historia przywołała i nasze wspomnienie Klimczoka z września tego roku, kiedy zahaczyliśmy jeszcze o Skrzyczne. Wasza trasa inspiruje nas do powtórnego przyjazdu na Klimczok. Udała się wam pogoda, a to też ważne. Jakże to wspaniałe uczucie po trudzie wspinaczki wyłożyć się na zboczach góry do blasku promieni słonecznych.
    Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Uśmiałem się, bo trafiłem na ten blog zupełnie przypadkiem i od razu buch, na początek mix moich dwóch "odwiecznych" tras, czyli Szyndzielnia-Klimczok-Szczyrk i Szyndzielnia-Błatnia-Jaworze.

    Właśnie w tym roku "wróciłem" do Beskidów, które jako dziecko zwiedzałem wraz z ojcem. Akurat te dwie wymienione trasy były teraz dla mnie bardziej ważne emocjonalnie niż turystycznie, ale i tak złapałem bakcyla i czekam już tylko zaopatrzony w przewodniki, buty i plecak na wiosnę, by znów gdzieś podeptać.

    Jeżeli zainteresuje Was moja wersja słowno obrazkowa to zapraszam do postów "Ostatni dzień lata" z 1.10.11 i "Pierwszy dzień jesieni" z 7.10.11 na moim blogu "Z punktu widzenia dziennego portiera..."

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  9. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
    dużo szczęścia i słodyczy
    każdy z Dwóch Włóczykijów
    Wam dzisiaj szczerze życzy! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam! Ja chodzę co roku tą trasą. Jestem z Oświęcimia więc zaczynam od Bielska. Jadę autobusem nr 8 do końca. Potem przez Dębowiec na Szyndzielnię. W schronisku mały odpoczynek na kawkę i dalej na Klimczok. W schronisku na Klimczoku obowiązkowo pyszna szarlotka (pieczona na miejscu).Z Klimczoka na Błatnią . Tam obiadek ( przeważnie wspaniała kaszanka jak ktoś lubi) i dalej w drogę .Schodzę do Wapienicy.(Ostatni odcinek bardzo stromy) a stamtąd autobusem do Bielska.I z Bielska pociągiem lub busem do Oświecimia..Lub ide z Szyndzielni na Klimczok z Klimczoka schodzę do Szczyrku a stamtąd autobusem do Bielska.Polecam.! Joanna

    OdpowiedzUsuń