czwartek, 12 sierpnia 2010

Dolina Chochołowska (Tatry) - 1 sierpnia 2010

Tu w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień
Szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień
Mokre rosą trawy wypatrują dnia
Ciepłe, które pierwszy promień słońca da.
Cicho potok gada, gwarzy pośród skał.

Pora rozpocząć wędrówki po Tatrach. W tym roku będą to jednak głównie wędrówki rekreacyjne, po dolinkach i niższych partiach gór. Nasz wybór pierwszego dnia padł na Dolinę Chochołowską. Nigdy nie mieliśmy okazji tam być, więc teraz można to nadrobić. Jest to największa i najdłuższa dolina w Tatrach. Ma ona długość 10 km i znajduje się w najdalej na zachód wysuniętej części polskich Tatr. Aby się dostać do samej doliny, a potem na Polanę Chochołowską, trzeba wystartować z Siwej Polany. I tu spotyka nas właśnie pierwsza niespodzianka. W planach mieliśmy zakup biletów siedmiodniowych, co by nie stać codziennie w kolejkach, a i trochę zaoszczędzić, gdyż bilet tygodniowy kosztuje 18 zł, a jednodniowy 4,40 zł. Takich biletów tutaj jednak kupić się nie da, gdyż kawałek terenu, przez który przechodzimy należy do Wspólnoty Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi w Witowie. Niezwykle "uprzejmy" pan w kasie informuje nas, że tygodniowe sprzedają w Dolinie Kościeliskiej. Po małej awanturze Jacek wchodzi bez biletu, gdyż zgodnie z ustawą o parkach narodowych udajemy się do miejsca kultu religijnego. Dziś jest przecież niedziela, a na Polanie Chochołowskiej znajduje się kościół.

Tuż za przekroczeniem budki poboru opłat, znajdujemy się na Siwej Polanie. Tu znajdują się domy z noclegami dla turystów oraz wiele bacówek sprzedających bunc i oscypki. Ja, niestety, obywam się tylko smakiem, ale Jacek kosztuje dość sporego kawałku buncu. Na środkowej części polany mamy żelazny krzyż wmurowany w pomnik. Upamiętnia on lądowanie w tym miejscu papieskiego helikoptera w 1983 roku. Z Siwej Polany na Polaną Chochołowską można dostać się na kilka sposobów. Najpopularniejsza jest chyba piesza wędrówka, która zajmuje niecałe 2 godziny. Wielu korzysta także z wypożyczalni rowerów i dostaje się nimi albo na Polaną Huciską albo jedzie jeszcze dalej (Leśniczówka Chochołowska), gdzie znajduje się kolejny punkt zwrotu dwóch kółek. Tak więc Ci, którzy idą piechotą, muszą uważać na rowerzystów, a zwłaszcza na pędzące w górę i w dół bryczki wożące w większości leniwych turystów. Alternatywą staje się też kolejka "Rakoń" kursująca na polanę Huciską.

Zdecydowaliśmy się dojść na Polanę Chochołowską pieszo, więc przed nami jakieś 2 godziny całkiem przyjemnej wędrówki. Co prawda na początku droga wiedzie asfaltem, ale idziemy za to wzdłuż pięknych tatrzańskich potoków. Na początku jest to potok Siwa Woda, który potem przechodzi w Chochołowski Potok. Ten ma długość ponad 8 km i w wielu miejscach płynąca w nim woda tworzy klimatyczną mgiełkę, będącą najprawdopodobniej przyczyną różnic temperatury. Po drodze mijamy wiele bardzo atrakcyjnych tworów górskich, np.wrota i bramy skalne. Pierwszym z nich jest Niżnia Brama Chochołowska, znajdująca się między Polaną Huciską a Polaną pod Jaworki. Następnie mijamy Wyżnią Bramę Chchołowską, kiedy to dolina po raz drugi wcina się w skalny wąwóz.

Po drodze mijamy 2 punkty zdawania rowerów, o których już wcześniej pisałam. Odpoczywamy chwilę na Polanie Huciska, potem przy Leśniczówce Chochołowskiej. Następnym miejscem postoju będzie już schronisko na Polanie Chochołowskiej (http://www.chocholowska.zakopane.pl). Do niej docieramy po jakichś dwóch godzinach wędrówki. Położona jest ona na średniej wysokości 1100 m n.p.m. To największa polana w polskich Tatrach. Tu znajduje się bardzo dużo pasterskich szałasów, prowadzony jest kulturowy wypas owiec. Atrakcję stanowią jednak krokusy, które bujnie kwitną tu na wiosnę. Niestety, nie udało mi się jeszcze ani razu zobaczyć tego krokusowego dywanu, pomimo tego, że w tym roku na wiosnę byłam niedaleko Chochołowskiej Polany.

Jesteśmy więc na Polanie Chochołowskiej. Przed nami roztaczają się piękne widoki na Tatry Zachodnie. Chmury nieco się podniosły, więc możemy podziwiać Grzesia, Jarząbczy Wierch, Kominiarski Wierch, Czerwony Wierch, Wołowiec. Nasyciwszy wzrok górami, udajemy się do schroniska, gdzie na tarasie spędzamy pół godzinki na odpoczynku i rozważaniach nad... wejściem na Grzesia. Niestety, musimy sobie go w tym roku odpuścić. Idziemy za to na mszę, które o 13.00 jest odprawiana w znajdującej się nieopodal schroniska kaplicy św. Jana Chrzciciela. Ta drewniana kapliczka w stylu góralskim została zbudowana na potrzeby filmu Janosik. Po skończeniu zdjęć do serialu pozostawiono ją na polanie. Po skończonej mszy ruszamy w drogę powrotną, która mija nam dość szybko. Polana Chochołowska wreszcie zobaczona!



piątek, 30 lipca 2010

Kolorowe Jeziorka (Rudawy Janowickie) - 23 lipca 2010

Wracając z Gór Izerskich zdecydowaliśmy się odwiedzić Kolorowe Jeziorka w Rudawach Janowickich. Kiedy byliśmy tu zimą nie starczyło nam czasu na ich zobaczenie. Chyba dobrze się stało, bo ogromny wtedy mróz najprawdopodobniej zmroziłby jeziora i nie byłoby widać ich barw. Dziś co prawda pogoda też nas nie rozpieszcza. Jest mgliście, dopiero co po deszczu, ale jeziorka znajdują się w lesie, są nisko położone, więc myślę,że uda się je zobaczyć. Pierwszym zadaniem tego dnia jest dojazd do Wieściszowic, gdzie zaczyna się szlak prowadzący do jeziorek, a potem na Wielką Kopę. Dla niezorientowanych warto napisać, że Kolorowe Jeziorka to 3 jeziora, będące zalanymi wyrobiskami kopalnianymi. Woda w nich przybrała różny kolor ze względu na rodzaj wydobywanego materiału i skład dna (piryt, siarczek żelaza).
Swoją wędrówkę zaczynamy na parkingu w Wieściszowicach, tuż obok wejścia na zielony szlak. Jest tu prawie pusto, stoi zaledwie kilka aut. Uprzejma pani woła od nas 5 zł za postój. Płacimy i ruszamy. Pierwsze z jeziorek, czyli Purpurowe, zwane także Czerwonym znajduje się jakieś 100-200 metrów od parkingu na wysokości 560 m n.p.m. Miedź, piryt i żelazo, a zwłaszcza związki siarki zabarwiły ten staw na rudawy kolor. Nie wiem, wiec dlaczego jeziorko zwie się czerwonym. Schodzimy ze szlaku i idziemy nad samą wodę, by przyjrzeć się z bliska jeziorku. Idziemy dalej, bo na wysokości 635 m n.p.m. znajduje się kolejna atrakcja - Błękitne Jeziorko. Robi ono o wiele większe wrażenie niż poprzednie. Woda jest tu naprawdę niebieska, a otoczenie powoduje, że miejsce to nabiera cech tajemniczości. Cisza, spokój, przyroda odbijająca się w wodzie - tak jakby świat tu zamarł.

Nieco dalej, na wysokości 730 m n.p.m. znajduje się trzecie jeziorko, zwane Zielonym Stawem. Nie idziemy jednak go obejrzeć, bo dowiadujemy się, że prawdopodobnie woda w nim wyschła. Stawek ten bowiem jest tak mały, że okresowo, zwłaszcza w ciepłe dni, zanika. Kończymy więc naszą króciutką wyprawę i w jakieś 20 minut później znajdujemy się już na dole. Kolorowe Jeziorka zobaczone, więc można wracać do domu.

wtorek, 27 lipca 2010

Góry Izerskie (Schronisko na Stogu Izerskim, Polana Izerska, Hala Izerska) - 22 lipca 2010

Dla jednych góry są tylko rumowiskiem głazów, dla innych najwspanialszą architekturą, wniesioną ponad przemijaniem i trwaniem, dla jeszcze innych wiecznym niedosytem i niespełnieniem. Czym będą dla was – od was tylko zależy. Kochajcie je – będą coraz piękniejsze!
Władysław Krygowski

Oj, jak bardzo brakowało mi gór. Ostatni raz dreptałam po nich w czerwcu. Ale wreszcie przyszedł na nie czas. To miała być mała rozgrzewka przed Tatrami, w które ruszamy 31 lipca. Tym razem wybór padł na Góry Izerskie. Kilka dni wcześniej udało mi się zarezerwować noclegi w Świeradowie Zdroju, więc 21 lipca bez problemu mogliśmy ruszyć w tamtą stronę. Gór Izerskich jak dotąd nie znałam w ogóle. Zawsze jeździliśmy w położone nieopodal Karkonosze. A szkoda, że nigdy wcześniej nie odkryliśmy ich piękna. Góry Izerskie zajmują 1000 km2, są podzielone między Polskę a Czechy i tworzą zachodni trzon Sudetów. Co prawda mamy do nich kawałek, bo ponad 150 km, ale zawsze można sobie zorganizować kilkudniowy wypad, zwłaszcza, że to niezwykła kraina. Tu na przykład już na wysokości poniżej 1000 m n.p.m. można spotkać kosodrzewinę. Płynąca szczytami Izera wije się niczym dolne biegi wielu rzek. Poza tym zachwycają dość licznie występujące tu torfowiska, zwłaszcza na Hali Izerskiej.

Swoją podróż rozpoczynamy ze Świeradowa-Zdroju. Do schroniska na Stogu Izerskim dostajemy się koleją gondolową (http://www.kolejgondolowa.pl/). Jest to chyba jedna z najnowocześniejszych kolejek w Polsce. Za wjazd na szczyt płacimy po 19 zł, więc cena do najniższych nie należy, zwłaszcza, że podróż trwa niecałe 8 minut. Z jednej strony może dobrze, bo mi już po pierwszej minucie jazdy robi się niedobrze. Całe szczęście, że jest wcześnie, nie ma tak dużo ludzi i mamy cały wagonik dla siebie. Wreszcie trasa się kończy i wysiadamy na górnej stacji kolejki na wysokości 1060 metrów. Po wyjściu na zewnątrz pierwsze co ukazuje się naszym oczom, to znak: "Uwaga żmijowisko. Wstęp wzbroniony". Pewnie mogą tu występować - myślimy sobie. Stok jest południowy, nasłoneczniony i do tego jeszcze prawie goły. Dla przezorności nie zbliżamy się więc do tego miejsca, ale nagle naszym oczom ukazuje się piękna żmija mknąca z jednej strony szlaku na drugą i kierująca się w stronę schroniska. Teraz to już naprawdę należy zachować ostrożność!

Wstępujemy do schroniska na Stogu Izerskim (http://stogizerski.prv.pl/). Jest to dość klimatyczne schronisko, ale spędzamy w nim tylko chwilkę, gdyż chcemy iść dalej póki jest jeszcze chłodno (jak na razie jest tylko 26 stopni, ale potem będzie ich już około 35). Poza tym zgodnie z prognozami po południu pogoda ma się zacząć psuć. Spędzamy więc chwilkę na tarasie, po czym kierujemy się czerwonym szlakiem w stronę Polany Izerskiej. Zgodnie ze znakami powinniśmy znaleźć się na niej za jakieś 50 minut, co chyba tyle czasu nam zajmuje. Tuż za samym schroniskiem spotykamy pierwsze krzewy kosodrzewiny oraz wiele jagódek, które Jacek co chwilę zrywa. Ja, niestety, muszę się pohamować przed jedzeniem niemytych owoców. Ale potem sobie to wynagrodzę. Szlak wiedzie szczytem Gór Izerskich, więc przed nami roztaczają się cudne widoki. Mamy panoramę na całe Karkonosze. Widać bardzo ładnie Szrenicę, Śnieżne Kotły, a nieco dalej Śnieżkę. Dopiero po jakiś 30 minutach, kiedy schodzimy nieco niżej, drzewa zasłaniają widoki. Na szczęście dają pożądany dziś cień. W pewnym momencie droga idzie mocno w dół, a naszym oczom ukazuje się Polana Izerska. Jesteśmy teraz na wysokości 965 m n.p.m. na wysokogórskiej polanie, która w kilku miejscach jest podmokła i zatorfiona. Niegdyś znajdowała się tu osada leśna złożona z kilku bud. Obecnie mamy tu tylko budowle nadleśnictwa i małą wiatę dla turystów, która doskonale chroni przed słońcem i deszczem. Chwila odpoczynku i zmierzamy na Halę Izerską.

Szlak na nią prowadzi asfaltową drogą, która pod wpływem upałów dziś panujących staje się niekiedy aż miękka. Pomimo tego, że idziemy między drzewami, to nie ma cienia, tylko skwar i skwar. Po jakichś 40 minutach wędrówki docieramy na Halę Izerską, położoną na wysokości 840-880 m n.p.m. Leży ona w dolinie rzeki Izery. Tu właśnie znajdują się stanowiska najniżej występującej kosodrzewiny. Hala Izerska to bardzo duża łąka, na której kiedyś znajdowała się osada Wielka Izera. Dziś w zasadzie po niej nie pozostało nic poza Chatką Górzystów, czyli bardzo ciekawym schroniskiem. Hala Izerska częściowo obejmuje rezerwat Torfowiska Doliny Izery. Wracamy jednak do Chatki Górzystów. Tu spędzamy bowiem dłuższy czas. Schronisko (http://chatkagorzystow.prv.pl/) to jest wyjątkowe w Górach Izerskich, gdyż jest ono pozbawione wszelkich wygód. Nie ma tu na przykład prądu, co wielu turystów sobie chwali. Tu właśnie zjadam ogromną miskę jagód kupionych za 4 zł (wynagrodziłam sobie niemożność jedzenia ich z krzaka :)) Po jakiś 30 minutach odpoczynku ruszamy w drogę powrotną. Mnie, oczywiście, kusi dalsze zmierzanie czerwonym szlakiem, który prowadzi w stronę Jakuszyc. To jednak jest pomysł nierealny, gdyż nocleg mamy w Świeradowie, a i wysiłek trzeba dawkować.
Wracamy więc na Polanę Izerską. Na szczęście przez połowę drogi sprzyjała nam chmura, która zasłoniła niebo, więc było troszkę chłodniej. Potem zaś, za Polaną Izerską, schowaliśmy się w lesie, idąc niebieskim szlakiem do samego Świeradowa. Z każdą chwilą robi się coraz bardziej duszno, aż w końcu zaczyna grzmieć. Widzimy za sobą ciemną chmurę. Nad Halą Izerską, a na pewno w Szklarskiej Porębie już leje. My mamy nadzieję, że zdążymy dotrzeć do miasta, nim lunie. Szlak mocno idzie w dół, więc już nas bolą nogi, zwłaszcza palce u nóg do schodzenia. Ponadto duchota daje się we znaki. Po jakieś 60 minutach drogi wychodzimy obok uzdrowiska Świeradów-Czerniawa, gdzie zatrzymujemy się na leczniczą wodę. Kiedy tylko docieramy do pensjonatu, zaczyna lać. Uff, zdążyliśmy przed deszczem :)



wtorek, 22 czerwca 2010

Kalenica - 6 czerwca 2010 roku (Góry Sowie)

Kalenica (964 m n.p.m.) to wierzchołek znajdujący się w Górach Sowich, o których już pisałam przy okazji wejścia na Wielką Sowę. Najlepiej jest na nią wejść z Przełęczy Jugowskiej, co też my czynimy. Jacek zostaje dziś w domu z powodu kontuzji kolana, więc na szczyt wybieramy się w składzie: mama, Ola i ja. Dojazd do Przełęczy Jugowskiej to niełatwa sprawa, zwłaszcza, że droga mocno wije się lasem. Kiedy jednak docieramy na miejsce startu wspinaczki wita nas dość ładny parking. Co prawda oznaczenie szlaków nie jest tu dość dobre, ale skoro w tę stronę idzie się na Wielką Sowę, to na pewno w przeciwnym kierunku będzie na Kalenicę. Przechodzimy więc na drugą stronę ulicy i wchodzimy na czerwony szlak (Główny Szlak Sudecki). Tu jest, oczywiście, o wiele mniej ludzi niż na szlaku prowadzącym na Wielką Sowę.

Droga przebiega nam bardzo spokojnie. Na samym początku jest leciutko pod górkę, ale kiedy dochodzimy do stacji wyciągu teren się spłaszcza i teraz przemieszczamy się między bukami rezerwatu "Bukowa Kalenica". Rezerwat ten został stworzony w celu ochrony naturalnej sudeckiej przyrody. Jest to rezerwat leśno-florystyczny i zajmuje około 28 hektarów. Obejmuje on poza Kalenicą także szczyt Słonecznej. Tuż pod jego samym szczytem rośnie dużo skarłowaciałych i poskręcanych buków (mają one zaledwie tylko kilkanaście metrów).

Docieramy do miejsca, gdzie znajduje się mała polanka Rymarz. Tu można spotkać dość dużo ludzi, którzy pieką kiełbaski przy ognisku. My jednak idziemy dalej, mając nadzieję, że na szczycie kalenicy znajdzie się także miejsce na ognisko. Jak na razie cały czas idziemy lasem, szlak zaczyna się piąć coraz bardziej w górę. Chyba pierwszy raz czuję dziś lekkie zmęczenie. W końcu docieramy na grzbiet Kalenicy, ale jeszcze nie na jej najwyższy wierzchołek. Najpierw pokonujemy jeszcze dość wąski szlak między drzewami. Na chwilkę także zatrzymujemy się na małych skałkach, gdzie robimy kilka zdjęć. Za jakieś 3 minuty znajdujemy się na Kalenicy. Szybko wchodzimy na 20-metrową wieżę widokową (70 schodków), skąd roztaczają się dziś również piękne widoki. Bardzo ładnie widać Wielką Sowę z wieżą widokową. W tle zarysowują się Karkonosze ze Śnieżką. Z drugiej strony dumnie prezentują się Góry Bystrzyckie, Bardzkie, Masyw Śnieżnika.



Po zejściu z wieży widokowej idziemy piec kiełbaski, ponieważ akurat pali się ognisko. Na szczycie jest bardzo mało ludzi, więc panuje tu bardzo kameralna atmosfera. Po jakiejś pół godzinie opuszczamy szczyt, kierując się w stronę Schroniska "Zygmuntówka". Położone jest ono na wysokości 740 m n.p.m. Schronisko to jest bardzo stare, bo pamięta jeszcze czasy przedwojenne, ale jednocześnie bardzo zaniedbane moim zdaniem. Nie spędziłabym tam nocy, gdyż jako jedno z wielu schronisk, jakie w swoim życiu odwiedziłam, to wywarło na mnie złe wrażenie. Poza tym pod schroniskiem biegało sporo zwierząt, między innymi kozy. Spędziliśmy tam tylko chwilkę i szybko ruszyliśmy pod górkę na Przełęcz Jugowską.




czwartek, 17 czerwca 2010

Waligóra i Ruprechticki Szpiczak - 4 czerwca 2010 (Góry Suche)

Na włóczęgę już wyruszyć przyszła pora
Las nas goni śpiewem ptaków, szumem drzew
I wołają nas już pola i jeziora
Zeszłoroczny nasz wesoły pomnąc śpiew

Ludzie maja swoje sprawy, ludzie lubią się bogacić
Pełne brzuchy mają, chcą mieć pełen trzos
A ja gonię, a ja gonię swe marzenia
Szczęścia szukam gdzie kaczeńce i gdzie wrzos

Tym co iść nie lubią mówię do widzenia
Za dni kilka może znów powrócę tu
Idę w świat by tam dogonić swe marzenia
Aby spełnić kilka swoich złotych snów

Do trzech razy sztuka... To powiedzenie znakomicie się sprawdza w przypadku Waligóry, bowiem wybieraliśmy się na nią już 2 razy wcześniej, ale pogoda krzyżowała nam szyki. Dziś na szczęście pogoda dopisała, więc mogliśmy ruszyć do Rybnicy Leśnej, by stamtąd ruszyć zdobywać Góry Suche, wchodzące w skład Gór Kamiennych. Znajdują się one w Sudetach Środkowych i biegną wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Góry Kamienne dzielą się na 4 pasma: Góry Suche, Pasmo Lisistej, Czarny Las i Góry Krucze. My za cel obieramy sobie to pierwsze pasmo, a właściwie jego fragment. Zbudowane jest ono ze skał wulkanicznych, głównie magmowych. Góry cechują się krajobrazem typowym dla gór niskich, ale przy tym są bardzo zróżnicowane. W większości są porośnięte lasem, zwłaszcza sztucznie zasadzonym świerkiem. Szczyty mają budowę wypiętrzonych stożków, co potwierdza Waligóra, która znajduje się tuż za schroniskiem Andrzejówka. Ona będzie dziś naszym celem. Cel ten wydaje się bliski, ale bardzo stromy.

Ruszamy więc w trzyosobowej ekipie. Auto zostawiamy na parkingu tuż pod schroniskiem Andrzejówka. Spoglądamy jeszcze szybciutko na mapę ina tablicę ze szlakami i ruszamy. Jednak już na samym początku mylimy szlaki (co nam zresztą wyszło na dobre:)). Zamiast iść od razu żółtym szlakiem na Waligórę, kierujemy się czerwonym w stronę Przełęczy pod Szpiczakiem. Co ciekawe na samym początku nawet nie jesteśmy tego świadomi i idziemy dalej. Coś jednak wydaje nam się podejrzane, gdyż szlak coraz bardziej zmierza w dół, a my oddalamy się od Waligóry, którą zostawiamy w tyle. W końcu orientujemy się, że idziemy nie tym szlakiem (czerwony i żółty były tak blisko siebie na mapie, że je najzwyczajniej pomyliliśmy). Po jakichś 40 minutach wędrówki docieramy na Przełęcz pod Szpiczakiem.

Stąd na Waligórę jest 40 minut drogi, ale wejściem od innej strony. Zanim jednak się tam skierujemy, decydujemy się pójść zielonym szlakiem na Ruprechticki Szpiaczak. Mapa pokazuje, że jest do niego 10 minut drogi, co jednak okazało się nieprawdą, gdyż stromą drogą i jeszcze czasami błotnistą szliśmy jakieś minut 25. Szlak wiedzie granicą polsko-czeską, aż w końcu znajdujemy się po czeskiej stronie. Tu las się przerzedza, a naszym oczom ukazują się cudne widoki :) Jesteśmy na szczycie Ruprechtickiego Szpiczaka (880 m n.p.m.). Na takie widoki i taką pogodę czekałam bardzo długo. Wreszcie świeci słoneczko, nie ma śniegu, deszczu, a widoczność sięga kilkudziesięciu kilometrów. Na szczycie znajduje się wieża widokowa, na którą wdrapujemy się z Jackiem. Mama czeka na nas na dole, bo ma lęk wysokości. Z góry roztaczają się piękne widoki. Każda z czterech stron świata zachwyca nas pięknymi górami. Widać między innymi Rudawy Janowickie, które odwiedziliśmy w lutym podczas ferii zimowych. Naszym oczom ukazuje się, oczywiście, Śnieżka, którą ostatnio coraz częściej widać także z moich rodzinnych stron (okolic Zalewu Mietkowskiego).

Na górze bardzo wieje i jest zimno, więc schodzimy, przysiąść chwilę na ławeczce. Przy okazji wpisujemy się do księgi turystów, znajdującej się w metalowej oprawie i na łańcuchu :) Super pomysł. Jeszcze takiego czegoś nie widziałam. Po posileniu się, ruszamy zdobywać Waligórę. Musimy wrócić na Przełęcz pod Szpiczakiem, by stamtąd czarnym szlakiem, a potem żółtym osiągnąć szczyt. Teraz już jak na dłoni po prawej stronie mamy Waligórę. Droga na nią najpierw jest płaska, ale szybko zaczyna piąć się pod górę. Podziwiam w tym momencie ludzi mijających nas na rowerach. Nie odważyłabym się na taki wyczyn. W końcu znajdujemy się na szczycie Waligóry. Hmm... niczym szczególnym ona mnie nie zachwyca. Znajduje się tu niewielka polanka oraz kamienny słup z napisem Waligóra (936 m n.p.m.).

Widoki są mocno ograniczone przez wysokie drzewa. Spędzamy tu chwilkę i schodzimy. Kusi nas żółty szlak, który w ciągu 20 minut prowadzi do schroniska. Gdybyśmy jednak wiedzieli, jak ciężkie jest to zejście, to pewnie byśmy się na nie nie zdecydowali. Szlak idzie ostro w dół (nachylenie ponad 45 stopni jak nic), a do tego jeszcze jest bardzo kamienisty, co skutkuje poślizgnięciem się i upadkiem. Ostrożnie trzeba stawiać każdy krok, gdyż można także zahaczyć o wystające konary drzew. Rzeczywiście na dole jesteśmy dość szybko, ale zejście było wymagające. Jeszcze podczas schodzenia z Waligóry oraz już pod samym schroniskiem podziwiamy paralotniarzy, których jest tutaj bardzo dużo.
Waligóra po wielu próbach zdobyta :)



środa, 9 czerwca 2010

Polica (Beskid Żywiecki) - 3 maja 2010

To, niestety, nasz ostatni dzień pobytu w Beskidzie Żywieckim. A szkoda, bo pogoda zaczęła się poprawiać. Co prawda rano jeszcze nieco padało, ale na horyzoncie widać było już przejaśnienie. Postanawiamy więc wejść na Policę w Paśmie Polic Beskidu Żywieckiego. Pakujemy się szybciutko i ruszamy z Zawoi do Skawicy - to miejscowość tuż obok, na trasie do Makowa Podhalańskiego, czyli dla nas jak najbardziej po drodze. Kiedy zajeżdżamy do miejsca, gdzie rozpoczyna się niebieski szlak, zaczyna lać deszcz. Czyżby dziś miała się powtórzyć sytuacja z wczoraj? Chwilkę czekamy w aucie i kiedy deszcz robi się coraz słabszy, ruszamy na szlak, idąc póki co pod drzewami. Na szczęście szybko przestaje padać i robi się o wiele cieplej, więc można spokojnie wędrować. Nasza mapka dziś okazała się zgubna, bo na znakach były podane zupełnie inne czasy przejść, więc szliśmy troszkę zdezorientowani, nie wiedząc dokładnie, w którym miejscu jesteśmy. Droga, oczywiście, pięła się mocno w górę, więc kolejny raz stwierdziłam, że Beskid Żywiecki jest wyjątkowo męczący pod tym względem. Znacznie bardziej niż Tatry i inne góry, które miałam okazję odwiedzić. Szlak, którym idziemy jest prawie pusty. Mijamy gdzieniegdzie tylko pojedynczych turystów, zmierzających zapewne tam, gdzie my. Pierwszy przystanek robimy sobie na niewielkim punkcie widokowym.

Rzeczywiście, dziś pejzaże są o niebo lepsze niż wczoraj. Ale to nie jest jeszcze to, czego oczekiwałam. Nie udało mi się bowiem z Babiej Góry zobaczyć moich ukochanych Tatr. Idziemy dalej i wyżej. Szlak biegnie lasem, który jest pozostałością po Puszczy Karpackiej. Po jakiejś godzince wędrówki i pokonaniu stromego zbocza Okrąglicy, las zaczyna się przerzedzać, a naszym oczom ukazuje się Hala Krupowa. Stąd na Policę już niedaleko. Na Hali mocno wieje, więc chronimy się w Schronisku PTTK na Hali Krupowej, które znajduje się w tym miejscu (http://www.krupowa.gory.pl/).


Jest ono bardzo przyjemne, a przede wszystkim jest tu mało ludzi. Pomimo tego, że już zbliża się południe, a my dziś mamy do pokonania sporo drogi, żeby dotrzeć do domu, decydujemy się wejść na Policę. W końcu dzieli nas od niej tylko 30 minut drogi. Po przejściu króciutkiej polanki znajdujemy się w lesie, a właściwie Rezerwacie przyrody na Policy im. prof. Zenona Klemensiewicza. Obejmuje on prawie 59 hektarów lasu świerkowego, zachowanego w naturalnym stanie. Pewnie was zdziwi, dlaczego rezerwat poświęcono językoznawcy. Otóż Klemensiewicz zginął w katastrofie lotniczej, która miała miejsce na Policy 2 kwietnia 1969 roku. Jakieś pół godzinki miejscami dość stromej wędrówki borem świerkowym i jesteśmy właśnie na jej szczycie. Wieje tu strasznie. Samo miejsce moim zdaniem do najpiękniejszych nie należy. Na szczycie jest dużo połamanych drzew. Jak dla mnie szczyt robi wrażenie miejsca bardzo zniszczonego.

Na szczycie znajduje się pomnik poświęcony ofiarom wspomnianej już katastrofy lotniczej. Został on ustawiony tu na pamiątkę 40 rocznicy katastrofy, w której zginęły 53 osoby. Widoczność jest ograniczona, więc udaje nam się zobaczyć tylko co bliższe górki. Zejście z Policy do Skawicy mija nam dość szybko, ale na początku drogi jest mi strasznie zimno. Kiedy jednak dochodzimy do Hali Krupowej poprawia się nieco widoczność. Na dole jesteśmy około godziny 14.00. Żal odjeżdżać do domu, zwłaszcza, że wychodzi słoneczko, które pięknie oświetla szczyty. W Skawicy zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę koło małych owieczek.




sobota, 29 maja 2010

Sokolica w deszczu - 2 maja 2010 (Beskid Żywiecki)

Tym co iść nie lubią mówię do widzenia
Za dni kilka może znów powrócę tu
Idę w świat by tam dogonić swe marzenia
Aby spełnić kilka swoich złotych snów.

Co za fatalny weekend. Od wczorajszego wieczora leje i nawet nie chce na chwilę przestać... Może przejdzie po południu i uda nam się zdobyć szybciutko Sokolicę (1367 m n.p.m.). Na razie idziemy więc do kościoła w Zawoi, a potem coś wymyślimy. W ostateczności zostaje nam wersja wyprawy na Słowację na zakupy. Kościół w Zawoi jest ładny, ale powstał dopiero ponad 100 lat temu, a dokładnie w 1888 roku. Zbudowany jest na planie krzyża, z zewnątrz drewniany, ale w środku wsparty na żelaznych słupach, za to ładnie ozdobiony malowidłami w stylu renesansowym.

Kiedy wychodzimy z kościoła, nadal pada, więc planujemy zakupy na Słowacji. Ruszamy przez Zubrzycę Górną i Dolną oraz Jabłonkę do Chyżnego, gdzie przy granicy robimy małe zakupy. Teren tuż za Przełęczą Lipnicką się obniża, a w okolicach Jabłonki i Chyżnego zmienia się w prawie płaski. W drodze powrotnej wstępujemy na chwilkę do Skansenu w Zubrzycy Górnej (http://www.orawa.eu/). Z powodu deszczu nie zwiedzamy go jednak, tylko ruszamy dalej, mając nadzieję na poprawę pogody i wspinaczkę na Sokolicę. Około godziny 14.00 deszcz ustępuje, więc ruszamy na Przełęcz Lipnicką (Przełęcz Krowiarki), by wspiąć się na zaplanowaną wczoraj Sokolicę. Kiedy kupujemy bilety (cena: 5 zł) w kasie Babiogórskiego Parku Narodowego, zaczyna dość mocno padać deszcz, ale jak już zapłaciliśmy to idziemy, zwłaszcza, że droga prowadzi pod drzewami. Przemieszczamy się czerwonym szlakiem wchodzącym w skład Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Sokolica to najniższy z wierzchołków masywu Babiej Góry. Ma ona 1367 m n.p.m. i jest tak zwaną zerwą skalną. Na szczycie nie ma lasu, więc jest on doskonałym miejscem widokowym na okolicę. Niestety, nam nie jest dane podziwiać tych widoków, gdyż mgła i sączący deszcz ograniczają widoczność do kilku metrów! Szlak jest mokry i pełen błota, więc wchodzimy na szczyt dość szybko. Jak zwykle dużo szybciej niż wskazują drogowskazy:) Po drodze mijamy służące za schodki słupki graniczne z literami S i D, świadczące o przebiegającej tu dawniej granicy niemiecko-słowackiej. Kiedy docieramy na szczyt, jesteśmy już nieco zmoknięci, gdyż drzewa nie osłoniły nas całkowicie od deszczu. Na Sokolicy znajduje się punkt widokowy, z którego, co już wspominałam, nic nie widzimy. Pasmo Jałowieckie i Zawoja skrywają się w chmurach i we mgle. No cóż, nic nie poradzimy...

Robimy tylko pamiątkowe zdjęcie pod tablicą z napisem Sokolica i kierujemy się na Perć Przyrodników - bardzo stromą, śliską i z dużą ilością wystających konarów, o które bardzo łatwo się potknąć. Na szczęście nie ma tu wielu ludzi. Z jednej strony na pewno przegnała ich pogoda, a z drugiej to dość mało uczęszczany i chyba zapomniany szlak. A szkoda, bo taki piękny! Na Perci Przyrodników (tuż pod samą Sokolicą) znajduje się kosodrzewina. Jest to jej najniżej położone skupisko w całym masywie Babiej Góry. Z racji tego, że jest tu bardzo stromo (urwisko ma około 200 metrów), to często schodzą kamienne lawiny. To zjawisko powoduje, że w tym miejscu rośnie kosówka, a nie drzewa. Na Perci Przyrodników można spotkać wiele ciekawych roślin, między innymi okrzyń jeleni, który jest symbolem Babiogórskiego Parku Narodowego. Zielonym szlakiem idziemy jakieś pół godzinki, aż docieramy na Szkolnikowe Rozstaje, gdzie zaczyna się ulewa. Drzewa coraz mniej nas chronią, dlatego też, gdy docieramy do Mokrego Stawu jesteśmy cali mokrzy :) Tu właśnie mijamy turystów, którzy z zakupami wracają do schroniska na Markowych Szczawinach. Stawu nie oglądamy z bliska, ponieważ deszcz się wzmaga. Wreszcie docieramy na parking w Krowiarkach, cali mokrzy i brudni. Warto było zmoknąć, ponieważ dzień nie został zmarnowany :)

środa, 26 maja 2010

Babia Góra - 1 maja 2010 roku

Tam na dole zostało
Wszystko to, co cię męczy.
Patrząc z góry wokoło
Świat wydaje się lepszy.

Pamiętam, że kiedyś już byłam w Zawoi, widziałam Babią Górę. Czy na nią weszłam? Nie pamiętam. Ale wiem, że zapragnęłam zdobyć ten szczyt. Tak więc już w lutym zarezerwowałam noclegi w Zawoi na majowy weekend, który w tym roku, niestety, nie był aż tak długi.
Zacznijmy od początku. Babia Góra leży w zachodniej części Beskidu Żywieckiego, czasem zwanego Orawskim. Jej 1725 m n.p.m. pozwala ją uplasować na drugim miejscu, jeśli chodzi o wysokość szczytów w Polsce. Babia Góra z jednej strony jest ograniczona Przełęczą Jałowiecką, a z drugiej Przełęczą Lipnicką.

1 maja wita nas deszczową pogodą. Na szczęście koło godziny 10.00 opady ustają, więc jedziemy na parking do Markowej, by stamtąd ruszyć na szlak. Z budki w Markowej do schroniska na Markowych Szczawianach prowadzi szlak czerwony, będący jednym z etapów Głównego Szlaku Beskidzkiego. Już na samym dole dowiadujemy się, że żółty szlak, tzw. Perć Akademików, jest jeszcze zamknięty. No trudno, może jednak uda się nim wejść, jeśli wyżej nie będzie dużo śniegu. Tak więc ruszamy. Pierwszy przystanek robimy sobie w małej wiacie. I tu zaczynają się schody, gdyż zaczyna mnie boleć głowa. A z każdym krokiem wyżej ból jest nie do wytrzymania. Tak więc idziemy wolnymi kroczkami, robiąc co chwilę przerwy i mając nadzieję na to, że w końcu ktoś będzie miał tabletkę przeciwbólową (zdobyłam ją dopiero w schronisku). Kolejny przystanek robimy jakieś 5 minut od schroniska, nie wiedząc, że ono pojawi się za kilka chwil. Wreszcie jest! Jeszcze nigdy tak się nie umęczyłam podczas wchodzenia. Na szczęście tabletka pomogła i potem już nie było problemów z wejściem.


Jesteśmy teraz na polanie Markowe Szczawiny na wysokości 1180 m n.p.m. Jej nazwa pochodzi od źródła wody, zwanej szczawą. Tu, obok schroniska znajduje się GOPRówka (dyżurka GOPR)oraz Muzeum Turystyki Górskiej. Nie odwiedzamy jednego ani drugiego. Pierwsza jest zamknięta, a po klucz do Muzeum trzeba iść do Schroniska. Odnowione Schronisko zostało uroczyście oddane turystom 24 kwietnia tego roku.


Na polanie spędzamy chwilę, a potem ruszamy, zastanawiając się czy iść dalej czerwonym szlakiem i Babią Górę zwaną Diablakiem zdobyć od Przełęczy Brona, czy też iść Percią Akademików, która jest podobno zamknięta. Tuż na początku żółtego szlaku nie ma informacji o tym, że jest on zamknięty i jednokierunkowy. Takiej informacji nie ma także na szczycie, przy wejściu na szlak. Decydujemy się w końcu iść przez Przełęcz Brona, zbadać warunki na górze i w razie co zejść Percią Akademików.

Tuż za samym schroniskiem pojawia się śnieg. Na początku jest go mało, ale jest bardzo mokry i śliski. W niektórych miejscach ciężko jest podejść pod górę. "A jak ja zejdę?" - myślę sobie. Ale zastanawiać nad tym będę się dopiero jak będziemy zmierzać na dół. Zresztą potem będzie jeszcze gorzej. Zatrzymujemy się na Przełęczy Brona, gdzie na chwilę przysiadamy. Widoczność się trochę poprawiła, więc pod nami widać Zawoję, z jednej strony Małą Babią Górę, zwaną Cylem oraz Babią Górę właściwą, czyli Diablak. Teraz już wchodzimy między kosodrzewinę, gdzie na szlaku jest dużo mokrego śniegu. Nam znacznie łatwiej jest iść pod górę, bo przynajmniej tak bardzo się nie ślizgamy. Ale ludzie schodzący ze szczytu mają już gorzej. Zjeżdżają na tyłkach w dół, chwytając się kosodrzewiny. Momentami także się jej chwytam, zwłaszcza mijając się z innymi. Jedno takie minięcie, dłuższe zatrzymanie się w topniejącym śniegu i już mam wodę w butach... A, jeszcze zapomniałam, że spodnie też mam mokre, bo omyłkowo dostałam kulką śniegu.


Im jednak więcej odsłoniętego szlaku, tym śniegu mniej. Na szczycie już go nie było prawie wcale. Za to zerwał się wiatr, który zmusił mnie do założenia kaptura. Pogoda na Babiej Górze jest bardzo kapryśna i w ciągu godziny potrafi się diametralnie zmienić. My, na szczęście trafiliśmy raczej na stałe warunki, które zaczęły się zmieniać dopiero podczas zejścia. Im wyżej jesteśmy, tym więcej chmur mamy pod sobą, które w pewnym momencie zaklinowały się w kotlinie. Już prawie dochodzimy na szczyt Babiej, a na niej pełno ludzi i zimno oraz wietrznie. Chronimy się za murkiem ułożonym z kamieni. W przewodniku czytamy, że ze szczytu rozciągają się piękne widoki na Beskidy i Tatry. Nam nie jest dane dziś wiele zobaczyć, ponieważ widoczność jest ograniczona. Spędzone kilkanaście minut na szczycie i pora schodzić. Którędy? Widzimy, że część osób schodzi szlakiem żółtym, czyli Percią Akademików, więc idziemy za nimi. Nie ma tu żadnego znaku, że ten szlak jest nieczynny - stąd wniosek, że można nim iść :)

Tuż po wejściu na szlak zaczyna padać deszcz, który jednak szybko przechodzi. Nastaje za to śnieg, a w zasadzie dużo śniegu. Kamienne schodki są przysypane białym puszkiem sięgającym za kolana. I wreszcie zaczyna się atrakcja dnia - łańcuchy i klamry :) Śliskie cholernie, tak samo jak śliski pod nimi był śnieg. Przy jednym z nich udało mi się nawet poślizgnąć i spaść, ale na szczęście jedną ręką się przytrzymałam i skończyło się tylko na otarciu nogi i ubrudzeniu spodni. Potem droga jest jeszcze gorsza. Śniegu czasami to już po pas sięga. Ale idziemy, skoro już tu weszliśmy. Co chwilę tylko szukam czegoś, czym mogłabym się przytrzymać. Nie obyło się bez jednego upadku - lądowanie było miękkie. Szlak ciągnie się, końca nie widać, a kiedy docieramy do granicy lasu, łapie nas ulewa, która na szczęście szybko ustaje. Na parking docieramy umorusani i mokrzy.