sobota, 29 maja 2010

Sokolica w deszczu - 2 maja 2010 (Beskid Żywiecki)

Tym co iść nie lubią mówię do widzenia
Za dni kilka może znów powrócę tu
Idę w świat by tam dogonić swe marzenia
Aby spełnić kilka swoich złotych snów.

Co za fatalny weekend. Od wczorajszego wieczora leje i nawet nie chce na chwilę przestać... Może przejdzie po południu i uda nam się zdobyć szybciutko Sokolicę (1367 m n.p.m.). Na razie idziemy więc do kościoła w Zawoi, a potem coś wymyślimy. W ostateczności zostaje nam wersja wyprawy na Słowację na zakupy. Kościół w Zawoi jest ładny, ale powstał dopiero ponad 100 lat temu, a dokładnie w 1888 roku. Zbudowany jest na planie krzyża, z zewnątrz drewniany, ale w środku wsparty na żelaznych słupach, za to ładnie ozdobiony malowidłami w stylu renesansowym.

Kiedy wychodzimy z kościoła, nadal pada, więc planujemy zakupy na Słowacji. Ruszamy przez Zubrzycę Górną i Dolną oraz Jabłonkę do Chyżnego, gdzie przy granicy robimy małe zakupy. Teren tuż za Przełęczą Lipnicką się obniża, a w okolicach Jabłonki i Chyżnego zmienia się w prawie płaski. W drodze powrotnej wstępujemy na chwilkę do Skansenu w Zubrzycy Górnej (http://www.orawa.eu/). Z powodu deszczu nie zwiedzamy go jednak, tylko ruszamy dalej, mając nadzieję na poprawę pogody i wspinaczkę na Sokolicę. Około godziny 14.00 deszcz ustępuje, więc ruszamy na Przełęcz Lipnicką (Przełęcz Krowiarki), by wspiąć się na zaplanowaną wczoraj Sokolicę. Kiedy kupujemy bilety (cena: 5 zł) w kasie Babiogórskiego Parku Narodowego, zaczyna dość mocno padać deszcz, ale jak już zapłaciliśmy to idziemy, zwłaszcza, że droga prowadzi pod drzewami. Przemieszczamy się czerwonym szlakiem wchodzącym w skład Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Sokolica to najniższy z wierzchołków masywu Babiej Góry. Ma ona 1367 m n.p.m. i jest tak zwaną zerwą skalną. Na szczycie nie ma lasu, więc jest on doskonałym miejscem widokowym na okolicę. Niestety, nam nie jest dane podziwiać tych widoków, gdyż mgła i sączący deszcz ograniczają widoczność do kilku metrów! Szlak jest mokry i pełen błota, więc wchodzimy na szczyt dość szybko. Jak zwykle dużo szybciej niż wskazują drogowskazy:) Po drodze mijamy służące za schodki słupki graniczne z literami S i D, świadczące o przebiegającej tu dawniej granicy niemiecko-słowackiej. Kiedy docieramy na szczyt, jesteśmy już nieco zmoknięci, gdyż drzewa nie osłoniły nas całkowicie od deszczu. Na Sokolicy znajduje się punkt widokowy, z którego, co już wspominałam, nic nie widzimy. Pasmo Jałowieckie i Zawoja skrywają się w chmurach i we mgle. No cóż, nic nie poradzimy...

Robimy tylko pamiątkowe zdjęcie pod tablicą z napisem Sokolica i kierujemy się na Perć Przyrodników - bardzo stromą, śliską i z dużą ilością wystających konarów, o które bardzo łatwo się potknąć. Na szczęście nie ma tu wielu ludzi. Z jednej strony na pewno przegnała ich pogoda, a z drugiej to dość mało uczęszczany i chyba zapomniany szlak. A szkoda, bo taki piękny! Na Perci Przyrodników (tuż pod samą Sokolicą) znajduje się kosodrzewina. Jest to jej najniżej położone skupisko w całym masywie Babiej Góry. Z racji tego, że jest tu bardzo stromo (urwisko ma około 200 metrów), to często schodzą kamienne lawiny. To zjawisko powoduje, że w tym miejscu rośnie kosówka, a nie drzewa. Na Perci Przyrodników można spotkać wiele ciekawych roślin, między innymi okrzyń jeleni, który jest symbolem Babiogórskiego Parku Narodowego. Zielonym szlakiem idziemy jakieś pół godzinki, aż docieramy na Szkolnikowe Rozstaje, gdzie zaczyna się ulewa. Drzewa coraz mniej nas chronią, dlatego też, gdy docieramy do Mokrego Stawu jesteśmy cali mokrzy :) Tu właśnie mijamy turystów, którzy z zakupami wracają do schroniska na Markowych Szczawinach. Stawu nie oglądamy z bliska, ponieważ deszcz się wzmaga. Wreszcie docieramy na parking w Krowiarkach, cali mokrzy i brudni. Warto było zmoknąć, ponieważ dzień nie został zmarnowany :)

środa, 26 maja 2010

Babia Góra - 1 maja 2010 roku

Tam na dole zostało
Wszystko to, co cię męczy.
Patrząc z góry wokoło
Świat wydaje się lepszy.

Pamiętam, że kiedyś już byłam w Zawoi, widziałam Babią Górę. Czy na nią weszłam? Nie pamiętam. Ale wiem, że zapragnęłam zdobyć ten szczyt. Tak więc już w lutym zarezerwowałam noclegi w Zawoi na majowy weekend, który w tym roku, niestety, nie był aż tak długi.
Zacznijmy od początku. Babia Góra leży w zachodniej części Beskidu Żywieckiego, czasem zwanego Orawskim. Jej 1725 m n.p.m. pozwala ją uplasować na drugim miejscu, jeśli chodzi o wysokość szczytów w Polsce. Babia Góra z jednej strony jest ograniczona Przełęczą Jałowiecką, a z drugiej Przełęczą Lipnicką.

1 maja wita nas deszczową pogodą. Na szczęście koło godziny 10.00 opady ustają, więc jedziemy na parking do Markowej, by stamtąd ruszyć na szlak. Z budki w Markowej do schroniska na Markowych Szczawianach prowadzi szlak czerwony, będący jednym z etapów Głównego Szlaku Beskidzkiego. Już na samym dole dowiadujemy się, że żółty szlak, tzw. Perć Akademików, jest jeszcze zamknięty. No trudno, może jednak uda się nim wejść, jeśli wyżej nie będzie dużo śniegu. Tak więc ruszamy. Pierwszy przystanek robimy sobie w małej wiacie. I tu zaczynają się schody, gdyż zaczyna mnie boleć głowa. A z każdym krokiem wyżej ból jest nie do wytrzymania. Tak więc idziemy wolnymi kroczkami, robiąc co chwilę przerwy i mając nadzieję na to, że w końcu ktoś będzie miał tabletkę przeciwbólową (zdobyłam ją dopiero w schronisku). Kolejny przystanek robimy jakieś 5 minut od schroniska, nie wiedząc, że ono pojawi się za kilka chwil. Wreszcie jest! Jeszcze nigdy tak się nie umęczyłam podczas wchodzenia. Na szczęście tabletka pomogła i potem już nie było problemów z wejściem.


Jesteśmy teraz na polanie Markowe Szczawiny na wysokości 1180 m n.p.m. Jej nazwa pochodzi od źródła wody, zwanej szczawą. Tu, obok schroniska znajduje się GOPRówka (dyżurka GOPR)oraz Muzeum Turystyki Górskiej. Nie odwiedzamy jednego ani drugiego. Pierwsza jest zamknięta, a po klucz do Muzeum trzeba iść do Schroniska. Odnowione Schronisko zostało uroczyście oddane turystom 24 kwietnia tego roku.


Na polanie spędzamy chwilę, a potem ruszamy, zastanawiając się czy iść dalej czerwonym szlakiem i Babią Górę zwaną Diablakiem zdobyć od Przełęczy Brona, czy też iść Percią Akademików, która jest podobno zamknięta. Tuż na początku żółtego szlaku nie ma informacji o tym, że jest on zamknięty i jednokierunkowy. Takiej informacji nie ma także na szczycie, przy wejściu na szlak. Decydujemy się w końcu iść przez Przełęcz Brona, zbadać warunki na górze i w razie co zejść Percią Akademików.

Tuż za samym schroniskiem pojawia się śnieg. Na początku jest go mało, ale jest bardzo mokry i śliski. W niektórych miejscach ciężko jest podejść pod górę. "A jak ja zejdę?" - myślę sobie. Ale zastanawiać nad tym będę się dopiero jak będziemy zmierzać na dół. Zresztą potem będzie jeszcze gorzej. Zatrzymujemy się na Przełęczy Brona, gdzie na chwilę przysiadamy. Widoczność się trochę poprawiła, więc pod nami widać Zawoję, z jednej strony Małą Babią Górę, zwaną Cylem oraz Babią Górę właściwą, czyli Diablak. Teraz już wchodzimy między kosodrzewinę, gdzie na szlaku jest dużo mokrego śniegu. Nam znacznie łatwiej jest iść pod górę, bo przynajmniej tak bardzo się nie ślizgamy. Ale ludzie schodzący ze szczytu mają już gorzej. Zjeżdżają na tyłkach w dół, chwytając się kosodrzewiny. Momentami także się jej chwytam, zwłaszcza mijając się z innymi. Jedno takie minięcie, dłuższe zatrzymanie się w topniejącym śniegu i już mam wodę w butach... A, jeszcze zapomniałam, że spodnie też mam mokre, bo omyłkowo dostałam kulką śniegu.


Im jednak więcej odsłoniętego szlaku, tym śniegu mniej. Na szczycie już go nie było prawie wcale. Za to zerwał się wiatr, który zmusił mnie do założenia kaptura. Pogoda na Babiej Górze jest bardzo kapryśna i w ciągu godziny potrafi się diametralnie zmienić. My, na szczęście trafiliśmy raczej na stałe warunki, które zaczęły się zmieniać dopiero podczas zejścia. Im wyżej jesteśmy, tym więcej chmur mamy pod sobą, które w pewnym momencie zaklinowały się w kotlinie. Już prawie dochodzimy na szczyt Babiej, a na niej pełno ludzi i zimno oraz wietrznie. Chronimy się za murkiem ułożonym z kamieni. W przewodniku czytamy, że ze szczytu rozciągają się piękne widoki na Beskidy i Tatry. Nam nie jest dane dziś wiele zobaczyć, ponieważ widoczność jest ograniczona. Spędzone kilkanaście minut na szczycie i pora schodzić. Którędy? Widzimy, że część osób schodzi szlakiem żółtym, czyli Percią Akademików, więc idziemy za nimi. Nie ma tu żadnego znaku, że ten szlak jest nieczynny - stąd wniosek, że można nim iść :)

Tuż po wejściu na szlak zaczyna padać deszcz, który jednak szybko przechodzi. Nastaje za to śnieg, a w zasadzie dużo śniegu. Kamienne schodki są przysypane białym puszkiem sięgającym za kolana. I wreszcie zaczyna się atrakcja dnia - łańcuchy i klamry :) Śliskie cholernie, tak samo jak śliski pod nimi był śnieg. Przy jednym z nich udało mi się nawet poślizgnąć i spaść, ale na szczęście jedną ręką się przytrzymałam i skończyło się tylko na otarciu nogi i ubrudzeniu spodni. Potem droga jest jeszcze gorsza. Śniegu czasami to już po pas sięga. Ale idziemy, skoro już tu weszliśmy. Co chwilę tylko szukam czegoś, czym mogłabym się przytrzymać. Nie obyło się bez jednego upadku - lądowanie było miękkie. Szlak ciągnie się, końca nie widać, a kiedy docieramy do granicy lasu, łapie nas ulewa, która na szczęście szybko ustaje. Na parking docieramy umorusani i mokrzy.







niedziela, 23 maja 2010

Chełmiec (Góry Wałbrzyskie) - 18 kwietnia 2010

Nie oglądaj się za siebie,
kiedy wstaje brzask.
Ruszaj dalej w świat,
nie zatrzymuj się.
Sam wybierasz swoją drogę,
z wiatrem czy pod wiatr,
znasz tu każdy szlak,
przestrzeń woła cię.


Pora wykorzystać pierwszy ciepły weekend w tym roku i ruszyć w góry :) Kilka miesięcy temu zaplanowałam, że zdobędę Koronę Gór Polski i Chełmiec był jednym z jej obowiązkowych punktów. Wymagania organizatorów związane z nieuwzględnieniem zdobytych już 9 szczytów zniechęciły mnie do podejmowania się tego przedsięwzięcia. Będę zdobywać KGP dla samej siebie. Ruszyliśmy mniej więcej w samo południe do Boguszowa-Gorców. Tam, po długim błądzeniu, zaparkowaliśmy auto pod dworcem PKP i ruszyliśmy zielonym szlakiem. Po przemierzeniu kilku uliczek w mieście, w tym rynku, znaleźliśmy się na drodze prowadzącej już na sam szczyt. Tu właśnie stała pierwsza stacja Drogi Krzyżowej Górniczego Trudu. Zaczynała się ona od szybu zamkniętej już kopalni barytu, a kończyła na samym szczycie. Mijane stacje symbolizują ofiary górnictwa rożnych kopalni.


Chełmiec to góra pochodzenia wulkanicznego, mylnie uznawana za najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich. Nim jest bowiem Borowa (853) o 2 cm wyższa od Chełmca (851). Chełmiec za to jest bardziej widoczny z daleka. Często także jest mylony ze Ślężą z racji masztu na nim występującego. Na Chełmcu nie ma jednak schroniska, które od dawna funkcjonuje na Ślęży. Co prawda chyba ma być w przyszłości otworzone, bo na szczycie widać postępujące prace budowlane. Na szczycie, niestety, znajduje się nieudostępniona turystom wieża widokowa. Warto także wspomnieć o krzyżu, jaki znajduje się na górze. Ma on 48 metrów wysokości i w nocy jest oświetlany reflektorami.


Nasza droga na szczyt przebiega dość spokojnie i bez wysiłku. Utrudnieniem może być tylko dość silny tego dnia wiatr. Tuż pod samym szczytem robimy więc sobie króiciutki przystanek i ruszamy dalej. Jako, że szlak ten przemierzamy pierwszy raz, więc nie mamy jeszcze orientacji i nie wiem dokładnie, w którym miejscu się znajdujemy. Pomocne okazują się kolejne stacje Drogi Krzyżowej.


Na szczyt docieramy więc po ponad godzinie spokojnej wędrówki urozmaiconej podziwianiem pięknych widoków (tego dnia przejrzystość powietrza była bardzo duża). Z góry widoki są jeszcze ładniejsze, zwłaszcza te z Wałbrzychem u podnóża. Widać także Książ. Na szczycie przyłączamy się do grupy palącej ognisko i pieczemy kiełbaskę - mmm... pyszną i pierwszą w tym roku. Zejście ze szczytu mija dość szybko i jest połączone z wygłupami. Powrót do domu mija już bez błądzenia, gdyż szybko znajdujemy się w Wałbrzychu.


poniedziałek, 10 maja 2010

Skalnik (10 lutego 2010)

Ostatni dzień w Rudawach Janowickich poświęcamy na Skalnik (945 m n.p.m.). Jest to najwyższy szczyt tego pasma, w całości porośnięty lasami świerkowymi. Wejście na górę nie jest jakimś wymagającym dużego wysiłku zajęciem. Prawie na jej samym szczycie znajduje się punkt widokowy (Mała Ostra - 935 m n.p.m.), na który prowadzą wykute w skałach stopnie skalne.
Zanim jednak dotrzemy na szczyt, sporo czasu minie. Jak to zimą bywa rzadko uczęszczane przełęcze są zasypane. Tak też było z Przełęczą pod Średnicą, położoną tuż za Gruszkowem. Chcieliśmy się tam zatrzymać i czerwonym szlakiem wejść na szczyt. Niestety, parking był zasypany, więc jedziemy dalej, docierając do Kowar. Tam startujemy spod leśniczówki Bukowej, idąc zielonym szlakiem oraz Starym Traktem Kamieniogórsko-Kowarskim (to stara droga łącząca niegdyś Kotlinę Jeleniogórską z Kotliną Kamiennogórską przez Rudawy Janowickie). Potem,tuż za leśniczówką, odbijamy już tylko w szlak zielony. Tak, jak wczoraj i przedwczoraj, brodzimy w śniegu, sporo większym niż na Krzyżnej Górze. Wpadamy co chwilę w niego po kolana. Na szczęście droga nie jest męcząca. Momentami mam wrażenie, jakbym szła przez jakiś śnieżny wąwóz.

Najciekawiej wyglądają małe choineczki obsypane śniegiem.
Tuż przy samej Małej Ostrej mijamy Skałki zwane Koniami Apokalipsy. A potem czeka nas już tylko droga na szczyt. Na Skalniku znajdują się rumowiska skalne zwane gołoborzami. Bardzo ładnie widać je z Małej Ostrej. Niestety, dalsza widoczność jest mocno ograniczona. Zejście z Skalnika to właściwie zbieganie lub zjeżdżanie na śniegu, którego już mam pełno w butach i spodniach.



czwartek, 6 maja 2010

W sercu Rudaw Janowickich (Bolczów, Starościńskie Skały) - 9 lutego 2010 roku

Dziś ruszamy spod parkingu pod Szwajcarką (Karpnicka Przełęcz). Tu łączą się trzy szlaki: żółty, niebieski i zielony i nimi tez idziemy aż do samego Rylca, by tam odbić w lewo i dalej już podążać szlakiem zielonym. Naszym celem jest zamek Bolczów. Podobnie jak wczoraj mróz utrzymuje się w granicach 5 stopni, ale po godzinie już go prawie nie czuć. Wspinaczka pod górę skutecznie nas rozgrzewa:)
Na początku szlak jest dość przetarty, ale szybko śniegu sięga po kolana i wypada nam tylko w nim brodzić. Po jakiejś półtorej godzinie docieramy do zamku Bolczów, a właściwie jego ruin. Znajduje się on na wysokości 561 m n.p.m. Dziś można zaobserwować tu fragmenty naturalnych skalnych ścian. W dawnych czasach budowla ta należała do rycerskiego rodu Bolewiców. Dziś przyjemnie jest pospacerować po jego ruinach. Tu, na moście prowadzącym do bramy głównej pijemy herbatkę, a potem ruszamy dalej. Kierujemy się na czarny szlak, mijamy Strażnicę, Głaziska Janowickie, spotkanych wczoraj zuchów :) i docieramy do Skalnych Bram. Wchodzą one w skład grupy skał objętych jedną nazwą: Skalny Most. Ten zbiór skał zawiera następujące twory skalne: wspomniane już Skalne Bramy, Piec, Zapiecek, Przedmoście. Nas najbardziej ciekawią 2 z tych skał. Najpierw jest to Skalny Most, który ma 2 wierzchołki połączone naturalnym mostem skalnym. Tu skały potrafią osiągnąć wysokość nawet 30 metrów.



Drugim ciekawym tworem, przy którym zatrzymujemy się na herbatkę, jest Piec. To bardzo okazała skała o wysokości 20 metrów. Bardzo ja sobie upodobali wszyscy pasjonaci wspinaczki skałkowej, Zerkając w dół widać stromą ścianę i sporo oczek dla wspinaczy. Tuż za Piecem chwilkę zastanawiamy się, czy skrócić drogę i pójść żółtym szlakiem, czy też wydłużysz trasę, by zdobyć najwyższy szczyt tej części Rudaw Janowickich, czyli Lwią Górę, mającą 718 m n.p.m. (dokładnie tyle samo, co Ślęża :)) Wybieramy, oczywiście, dłuższy wariant i za jakieś 20 minut jesteśmy w okolicy Lwiej Góry na Starościńskich Skałach. Oj, wejście tu ciężkie było: w śniegu po kolana i ostro pod górę. Na szczycie tej grupy skalnej znajduje się punkt widokowy, na który nie wchodzimy z powodu dużej ilości śniegu. Kiedyś skały te były ozdobione żeliwnymi figurami lwów.


Kiedy schodzimy z Lwiej Góry wychodzi na chwilę słoneczko, którego dawno nie było widać. Kierujemy się w stronę Strużnickich Skał (540 m n.p.m.). Idziemy Międzynarodowym Szlakiem E 3. Z ciekawszych tworów pojawia się jeszcze Fajka, którą dostrzegłam tylko, niestety, na mapie, bo jakoś chyba na szlaku ją minęliśmy. Już prawie przy samym dojściu do Przełęczy Karpnickiej zabieramy do plecaka mały pniaczek do naszego kominka :)
Jutro ruszamy na podbój Sokolicy!




piątek, 2 kwietnia 2010

Rudawy Janowickie - Sokolik i Krzyżna Góra (8 lutego 2010 roku)

Rudawy Janowickie - tak blisko mnie, a jeszcze nie miałam okazji ani razu ich odwiedzić. zawsze obieraliśmy kierunek na Karkonosze, Śnieżkę, Samotnię czy Szrenicę. A one zostawały jakoś przyćmione przez ich wyższe koleżanki.
Ale tym razem z racji ferii, zdecydowaliśmy się na nieco niższe górki. Rezerwując noclegi na luty, miałam nadzieję, że może tym razem pogoda nam się uda, będzie słoneczko, a duży śnieg nas nie zaskoczy. Niestety, okazało się, że jest całkiem inaczej. Mróz wahający się granicach 5 stopni przez cały nasz pobyt nie popsuł jednak nam wyjazdu :)
Zacznijmy jednak od początku. Osiadamy w Karpnikach, u stóp Krzyżnej Góry, o której będzie nieco później.


Rudawy Janowickie - to niewielkie i dość niskie góry o powierzchni około 90 km2, położone na wschód od Karkonoszy. Góry małe, ale za to piękne. Zimą co prawda były przykryte grubą warstwą śniegu, ale ona pozwoliła mimo wszystko dostrzec ich urok.
Swoją wyprawę zaczynamy od Gór Sokolich, które są częścią Rudaw Janowickich. Ruszając na Krzyżną Górę (przyznam się, że pierwszy raz o niej słyszałam) po drodze natrafiamy na Szwajcarkę. Schronisko to zostało zbudowane na wzór tyrolskiej bacówki. Leży ona na wysokości 520 m n.p.m. Zastajemy zamknięte drzwi, ale dzwonimy, mając nadzieję że ktoś otworzy, bo potrzebuję pieczątkę do książeczki GOT. I tak też się dzieje. Warto było się wprosić i przed wejściem do środka wytrzeć buty, bo dostałam ładną pieczątkę do kolekcji :) Żegna nas tu, tak samo jak powitał pies, który ma tak długa sierść, że ledwo widać mu oczy ;) A jeszcze, kiedy śnieg go oprószył, widok był ciekawszy.

 Ruszamy czerwonym i czarnym szlakiem, które na razie idą równolegle. Potem czarny poprowadzi nas na Krzyżną Górę, a czerwony na Sokolik. Brodzimy, oczywiście, w śniegu. Co prawda na szlaku jest go mniej i jest ubity, ale poza nim sięga już po kolana. Wchodzenie jeszcze jest przyjemne, gorzej będzie ze schodzeniem, bo czułam się wtedy, jakbym zjeżdżała ze ślizgawki. Pierwszy przystanek robimy na Husyckich Skałach, gdzie jest mały punkt widokowy, skąd jest dobre miejsce do obserwacji Sokolika, dumnie prezentującego się w tym zaśnieżonym terenie.




Zjeżdżam stąd na pupie i idziemy na Krzyżną Górę. Jakieś 10 minut drogi, więc to żaden wysiłek. Krzyżna Góra (654 m n.p.m.) to jeden z sześciu szczytów Gór Sokolich, swoją nazwę zawdzięcza znajdującemu się na górze stalowemu siedmiometrowemu krzyżowi. Szczyt sam zaś jest zbudowany z karkonoskich granitów. Niegdyś był tu zamek Sokolec, który spłonął w 1434 roku. Wejście na tę górę w takich warunkach to nie lada wyczyn. Kamienne schodki, które w innych porach roku są pomocą dziś są zasypane. Na szczęście są barierki z lewej strony i lina zuchów, którzy też w tym czasie wybrali się tu na wspinaczkę ;) W kilku miejscach się nią posiłkujemy, w kilku wchodzimy niemal tak jakbyśmy mieli podciągać się na łańcuchach. Na szczycie spędzamy tylko chwilkę, bo mrozu jest około minus 5 stopni. co prawda już go nie czuję, ale widzę, że policzki już są lekko zmrożone.


Teraz pora na Sokolik (642 m n.p.m.). Sam wierzchołek, na który prowadzą metalowe, kręcone i bardzo śliskie schody, tworzą 40-metrowe skały. My jesteśmy akurat na Sokoliku Dużym, gdzie jest platforma widokowa, ale tu obok znajduje się Sokolik Mały. Są i na szczycie ławki, ale siedzenie na nich w tej chwili to niewielka przyjemność. Mimo wszystko na chwilę na nich przysiadamy, by napić się cieplutkiej herbatki. Widoczność jest dość mocno ograniczona z powodu mgły, nisko zalegających chmur oraz lekko prószącego śniegu. Przydałoby się kilka stopni cieplej, zwłaszcza, że w pensjonacie kiepsko grzeją. Powolutku tą samą drogą schodzimy na dół, mijając ponownie Szwajcarkę i szczekającego psa :)



środa, 21 października 2009

Zimowe Karkonosze jesienią - 17 października 2009

Jak ciche są te góry, gdy leżą pod śniegiem,
zaszyte w biały całun kosówkowym ściegiem!
Choć nieżywe na pozór, są tylko w letargu.
Czasem wstrząsną się, z piersi zrzucą stosy piargów
i przeciągną się we śnie.


Miało być tak ciepło, a tymczasem Karkonosze przywitały nas ogromną ilością śniegu. Wszystko zarezerwowane, zaliczka wpłacona, a ja gotowa i spragniona wyjazdu. Mimo niekorzystnych prognoz pogodowych ruszamy w piątek 16 października. Może nie będzie tak źle z tym śniegiem - myślę sobie, jadąc do Karpacza. Tymczasem już za Bolkowem zostajemy osaczeni przez śnieg, którego przybywa z każdym kilometrem. w Karpaczu główna droga jest odśnieżona, gorzej z bocznymi, a na takie właśnie mamy jechać. Dobrze, że mamy zimowe opony, bo podjazd do Pensjonatu Halnego jest dość stromy i zasypany śniegiem. Kopiemy się w nim kilka razy, ale udaje się nam w końcu dotrzeć na miejsce noclegu. A tu kolejne zaskoczenie: okazuje się, że w ośrodku nie ma prądu (powód: sypiący śnieg). Cóż... - dostajemy świeczkę i idziemy się rozpakować do naszego pokoiku.


Sobotni ranek zapowiada się przyjemnie. Śnieg przestał padać, a temperatura waha się w granicach zera stopni. Mamy więc optymalną w tych warunkach pogodę do górskich wędrówek. Z racji tego, że mieszkamy pod Wangiem, dojście do szlaku zajmuje nam niecałe 10 minut. Tam, oczywiście, czeka na nas budka z biletami uprawniającymi do wejścia do Parku Narodowego. Na szczęście uprzejmy pan sprzedaje nam 2 ulgowe bez proszenia o legitymacje.
Ruszamy na zimową wspinaczkę do Samotni i Strzechy Akademickiej. Chwilę po wejście na szlak ściągam bluzę, którą mam pod kurtką, bo jest ciepło. Droga nam znajoma dziś wydaje się nieco obca. Zewsząd widać tylko śnieg: drzewa, jeszcze, zielone uginają się pod naporem śniegu. Szlak ledwo przetarty. Idziemy więc, brodząc w śniegu prawie po kolana. Dobrze, że pożyczyłam sobie od siostry wysokie buty, bo już miałabym w butach mokro i pełno śniegu (tak, jak ma Jacek). Brodzę więc po zaspach i fotografuję, bo przecież w październiku tyle śniegu w Karkonoszach to rzadkość. Przypomina mi się górski śnieg z majowego pobytu. Tamten był taki strasznie mokry, topniejący i nieprzyjemny, a ten dzisiejszy... świeżutki, bialutki puszek :) Aż przyjemnie po nim iść. Na szlaku mijamy tylko nielicznych turystów (jakaś wycieczka i parę osób indywidualnie zdobywających szczyty).


Żałuję, że nie widać Śnieżki. Wszędzie tylko wszechogarniająca biel. Jeszcze nigdy nie byłam zimą w górach, może dlatego teraz zachwycam się pejzażem. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy odwiedzić Kocioł Małego Stawu i stamtąd dostaniemy się do Strzechy Akademickiej. Trasa nie jest długa, więc się nie spieszymy. Przejście całej trasy razem z odpoczynkami w schroniskach zajęło nam 4 godziny. Docieramy do Małego Stawu, który zachwyca nas bajkowym widokiem. Staw jest chyba zamarznięty, albo pokryty śniegiem. Samotnia przykryta śniegiem również - prawie po sam dach. Idziemy do środka ogrzać się herbatką. Brrr... moje spodnie są już mokre do kolan, a przed nami jeszcze troszkę drogi. Na szczęście w butach mam sucho :)


Około południa wychodzi słoneczko, które odbija się od śniegu i tak razi w oczy, że nic prawie nie widać. Przed oczami mam ciemno, a czeka nas wędrówka ledwo co przetartym szlakiem z Samotni do Strzechy. Tu śnieg momentami sięga po pas. Brodzimy w zaspach, próbując przechytrzyć słońce odbijające się od śniegu, bo każde zachwianie grozi upadkiem ze szlaku w miękki puch, z którego wygrzebać się czasem nie jest łatwo. Mimo ogromnego śniegu za jakieś 10 minut jesteśmy w Strzesze Akademickiej. Tam witamy się z bałwankiem marznącym pod schroniskiem i idziemy do środka po pieczątkę do książeczki GOT. Pod Strzechą usypanego śniegu chyba z półtora metra. I jeszcze panowie usypują stertę zrzucając śnieg z dachu.
Zejście do Karpacza przebiega w mniej sprzyjających warunkach, gdyż słońca zachodzi, a mgła robi się coraz większa. Widoczność jest minimalna, a dodatkowo zaczyna prószyć śnieg. Poza tym w połowie drogi orientujemy się, że schodziliśmy nie tym szlakiem, co planowaliśmy. Chcieliśmy wyjść pod Wangiem, idąc przez Polanę, a jakimś dziwnym trafem zeszliśmy tak zwanym torem saneczkowym i wyszliśmy niedaleko Orlinka. Widać tamta droga była zasypana.
Trafiliśmy na optymalne warunki do wspinaczki:) Dzień później śnieg sypał okropnie, więc wtedy z wyjścia byłyby nici.



czwartek, 24 września 2009

Wielka Sowa - 1015 m n.p.m. - 6 września 2009


Pamiętam, że kiedyś tam byłam, chyba jeszcze w czasach podstawówki i raczej niewiele z tego wyjazdu pamiętam. Pora więc przypomnieć sobie, jak wyglądają. O Schronisku pod Orłem też już słyszałam, więc pora odwiedzić Góry Sowie. Roztaczają się one dumnie na długości 26 km między Górami Wałbrzyskimi a Bardzkimi. Góry te dzielą się kilkoma przełęczami, a z każdej z nich można wejść na inny szczyt. My za cel obieramy sobie Przełęcz Sokolą, by stamtąd dostać się na Wielką Sowę, gdzie znajduje się wieża widokowa. Ruszamy dość późno, bo gdzieś po godzinie 15.00, dlatego musimy się spieszyć z wejściem. Poza tym robi się zimno, a i pewnie zrobi się szybko ciemno, bo to już wrzesień. Znaki wskazują czas wejścia na szczyt około 40 minut, co się potem okazało bzdurę, bo na każdym z kolejnych oznaczeń był podany inny czas. Po około 10 minutach docieramy do Schroniska pod Orłem. Tu robimy kilka zdjęć z Duchem Gór:) Idziemy długo lasem, a w zasadzie czymś, co można nazwać pozostałością po lesie.

W tym miejscu można zauważyć ogromne zniszczenia w drzewostanie, chyba największe w całych Karkonoszach. Połamane drzewa to efekt silnych wiatrów. Turystów na szlaku jest już niewielu, mijamy tylko pojedyncze osoby. Idziemy, zatrzymując się co jakiś czas na jagódki, których tu było chyba więcej niż w Tatrach czy Bieszczadach. Jacek zatrzymuje się na rwanie prawie cały czas, a my z mamą nawołujemy go do pospieszenia się, bo noc nas zastanie, ruszając się w tak żółwim tempie.

Po jakiejś godzince jesteśmy na szczycie. Ale tu ładnie :) Chyba przyjemniej niż na szczycie Ślęży, a do tego piękne widoczki, rozpościerające się z każdej strony. Co prawda pogoda nie zachwyca, ale widoczność jest w miarę dobra. Wchodzimy na początkową część wieży widokowej i oglądamy. A kto zgadnie co? Oczywiście Ślężę :) Żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą kiełbasek, bo jest tu kilka ciekawych miejsc na ognisk czy grilla. W zasadzie to nic nie mamy do jedzenie. Kupujemy więc czekoladę i kawę, by się nieco ogrzać, bo chłodzenie na górze jest spore. Chwila odpoczynku na pniaczkach i ruszamy w dół. Po drodze zbieram kilka pieczątek i rozczarowuję się zachwalanym przez wszystkich Schroniskiem pod Orłem.
Następnym razem trzeba się wybrać na Przełęcz Jugowską, a stamtąd na Kalenicę.


piątek, 18 września 2009

Ślęża na pożeganie wakacji (30 sierpnia 2009)

Nieprawdopodobne, że w tym roku po raz pierwszy jestem na Ślęży! Ja, która chodziłam tam po kilka razy w roku, zaczynając czasem już w lutym. W tym roku było jednak dużo innych górek:)

Ruszamy więc w czwórkę w niedzielne popołudnie. Docieramy tradycyjnie na Przełęcz Tąpadła. Tu tradycyjnie jest problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania, ale udaje się :) Teraz możemy ruszać. Docieramy na szczyt w 45 minut, choć znaki wskazują godzinny czas wejścia. Przecież to taka mała górka (718 m n.p.m.) - można na nią niemal wbiec bez zmęczenia. I tak też się dzieje prawie z nami!

Szybkie tempo i jesteśmy pierwszy raz w tym roku na ślężańskim szczycie. Najpierw posilamy się bananami niesionymi na górę, a potem podziwiamy widoczki i robimy foteczki. Widoki dziś są bardzo ładne. Widać mój Buków, zalew w Mietkowie, Wrocław i Śnieżkę też. Następnie pora na niedźwiadka - wspinamy się na tę starożytną rzeźbę kultową we trójkę.


Potem ja, jak zwykle, nie mogę z niej zejść... Ale udaje się przy lekkiej pomocy Jacka. Ruszamy na 12-metrową wieżę widokową. Jedno pięterko, drugie pięterko i jesteśmy na samej górze. Tylko mama zatrzymała się na pierwszym piętrze, bo wyżej iść się bała. A my podziwiamy wszystko z góry. Jakub pozuje do zdjęć wchodząc na barierkę, aż wszystkim zebranym na górze robi się gorąco ze strachu i proszą go, by nie odlatywał. Z wieży wkoło rozpościerają się piękne widoki. Obok nas dumnie góruje nad Ślężą 132-metrowy maszt telekomunikacyjnej stacji przekaźnikowej, z drogiej strony kościół pw. Najświętszej Marii Panny.

Na górze robi się tłumnie (tutaj tłumem jest już 5 osób, hihi), więc schodzimy na dół. Tu jeszcze tradycyjnie trzeba pochodzić sobie po skałkach i wtedy już można ruszać do domu. Pierwsze w tym wejście na Ślężę zaliczone :)

środa, 16 września 2009

Szlakiem bieszczadzkich cerkwi i zapór (17 sierpnia 2009 roku)

Zielone wzgórza nad Soliną
i zapomniany ścieżek ślad.
Flotylle chmur znad lasów płyną,
wędrowne ptaki goni wiatr.
A dalej widzisz już horyzont,
do nas z odległych wraca stron...


Dziś schodzimy nieco niżej, opuszczamy górskie szlaki, ale nie góry:) Pozostajemy tu jeszcze pół dnia, odwiedzając Solinę i Myczkowce oraz okoliczne cerkwie.


W cerkwi w Rabem byliśmy wczoraj, więc dziś pora na kolejne. Miały być te w Żłobku, Czarnej..., ale poranne spotkanie z przewodnikiem spowodowało, że zmieniliśmy plany i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Hoszowczyk, Równia i Ustjanowa znalazły się na trasie do Soliny i Myczkowców, więc je odwiedziliśmy. W Hoszowczyku zerkaliśmy do środka tylko przez szybkę w drzwiach. Niestety, była zamknięta, a nie było czasu, aby szukać kogoś, kto ma do niej klucze. Na szczęście udało nam się zwiedzić cerkiew w Równi. Trafiliśmy na otwarte drzwi. W środku jednak nie zachował się ikonostas taki piękny jak w Rabe. Potem był jeszcze Ustjanowa - też zamknięta, a do tego wokół niej trwały prace remontowe.

Ruszyliśmy nad Solinę. Zawsze chciałam zobaczyć zalew i zaporę osobiście, bo do tej pory znałam ją z opowieści mamy. Zostawiamy auto jakieś pół kilometra od zapory i idziemy piechotką (oj, gdybym wiedziała, to wzięłabym lepsze buty), bo wiemy, że czym bliżej, tym gorzej będzie z zaparkowaniem. I rzeczywiście tak było. Leniwi kierowcy krążyli po parkingach, szukając miejsc. A na Solinie? Tłumy... Niemal jak na Krupówkach czy w giżyckim porcie w sezonie letnim. Pogoda cudna, aż człowiek wykąpałby się w zalewie. Z góry patrzyliśmy jak ludzie pływają na żaglówkach (oj, przypomniały mi się Mazury...) i rowerkach wodnych w kształcie samochodzików. Spacerujemy deptakiem nad zaporą, zerkając na turbiny. 80 metrów to już nie tama w Mietkowie, ale ogromnego wrażenia na mnie nie robią.


Chyba ładniej i spokojniej będzie nad Zalewem Myczkowskim. Więc ruszamy tam. Rzeczywiście jest dużo mniej ludzi, w zasadzie to tylko kilka osób, jakaś jedna przystań z wypożyczalnią rowerów wodnych i zapora - też o wiele niższa. Z jednej strony mamy przed sobą jeziorko, a z drugiej widok na starorzecze Sanu, w którym przechadzają się czarne bociany.


Jeszcze na dziś zostało nam muzeum miniaturowych cerkwi w myczkowskim Caritasie. W końcu trafiamy i tam, podziwiając wiele, wiele miniatur cerkwi z Bieszczad. Zgrupowane tematycznie w kołach i skwerkach pięknie się prezentują.

Łapiemy jeszcze łyk bieszczadzkiego powietrza, żegnamy góry i ruszamy, bo przed nami długa podróż do Wrocławia. Z mała niespodzianką po drodze. Pięknym widokiem Tatr z odległości ponad 50 km, gdzieś w okolicach Limanowej.