niedziela, 23 maja 2010

Chełmiec (Góry Wałbrzyskie) - 18 kwietnia 2010

Nie oglądaj się za siebie,
kiedy wstaje brzask.
Ruszaj dalej w świat,
nie zatrzymuj się.
Sam wybierasz swoją drogę,
z wiatrem czy pod wiatr,
znasz tu każdy szlak,
przestrzeń woła cię.


Pora wykorzystać pierwszy ciepły weekend w tym roku i ruszyć w góry :) Kilka miesięcy temu zaplanowałam, że zdobędę Koronę Gór Polski i Chełmiec był jednym z jej obowiązkowych punktów. Wymagania organizatorów związane z nieuwzględnieniem zdobytych już 9 szczytów zniechęciły mnie do podejmowania się tego przedsięwzięcia. Będę zdobywać KGP dla samej siebie. Ruszyliśmy mniej więcej w samo południe do Boguszowa-Gorców. Tam, po długim błądzeniu, zaparkowaliśmy auto pod dworcem PKP i ruszyliśmy zielonym szlakiem. Po przemierzeniu kilku uliczek w mieście, w tym rynku, znaleźliśmy się na drodze prowadzącej już na sam szczyt. Tu właśnie stała pierwsza stacja Drogi Krzyżowej Górniczego Trudu. Zaczynała się ona od szybu zamkniętej już kopalni barytu, a kończyła na samym szczycie. Mijane stacje symbolizują ofiary górnictwa rożnych kopalni.


Chełmiec to góra pochodzenia wulkanicznego, mylnie uznawana za najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich. Nim jest bowiem Borowa (853) o 2 cm wyższa od Chełmca (851). Chełmiec za to jest bardziej widoczny z daleka. Często także jest mylony ze Ślężą z racji masztu na nim występującego. Na Chełmcu nie ma jednak schroniska, które od dawna funkcjonuje na Ślęży. Co prawda chyba ma być w przyszłości otworzone, bo na szczycie widać postępujące prace budowlane. Na szczycie, niestety, znajduje się nieudostępniona turystom wieża widokowa. Warto także wspomnieć o krzyżu, jaki znajduje się na górze. Ma on 48 metrów wysokości i w nocy jest oświetlany reflektorami.


Nasza droga na szczyt przebiega dość spokojnie i bez wysiłku. Utrudnieniem może być tylko dość silny tego dnia wiatr. Tuż pod samym szczytem robimy więc sobie króiciutki przystanek i ruszamy dalej. Jako, że szlak ten przemierzamy pierwszy raz, więc nie mamy jeszcze orientacji i nie wiem dokładnie, w którym miejscu się znajdujemy. Pomocne okazują się kolejne stacje Drogi Krzyżowej.


Na szczyt docieramy więc po ponad godzinie spokojnej wędrówki urozmaiconej podziwianiem pięknych widoków (tego dnia przejrzystość powietrza była bardzo duża). Z góry widoki są jeszcze ładniejsze, zwłaszcza te z Wałbrzychem u podnóża. Widać także Książ. Na szczycie przyłączamy się do grupy palącej ognisko i pieczemy kiełbaskę - mmm... pyszną i pierwszą w tym roku. Zejście ze szczytu mija dość szybko i jest połączone z wygłupami. Powrót do domu mija już bez błądzenia, gdyż szybko znajdujemy się w Wałbrzychu.


poniedziałek, 10 maja 2010

Skalnik (10 lutego 2010)

Ostatni dzień w Rudawach Janowickich poświęcamy na Skalnik (945 m n.p.m.). Jest to najwyższy szczyt tego pasma, w całości porośnięty lasami świerkowymi. Wejście na górę nie jest jakimś wymagającym dużego wysiłku zajęciem. Prawie na jej samym szczycie znajduje się punkt widokowy (Mała Ostra - 935 m n.p.m.), na który prowadzą wykute w skałach stopnie skalne.
Zanim jednak dotrzemy na szczyt, sporo czasu minie. Jak to zimą bywa rzadko uczęszczane przełęcze są zasypane. Tak też było z Przełęczą pod Średnicą, położoną tuż za Gruszkowem. Chcieliśmy się tam zatrzymać i czerwonym szlakiem wejść na szczyt. Niestety, parking był zasypany, więc jedziemy dalej, docierając do Kowar. Tam startujemy spod leśniczówki Bukowej, idąc zielonym szlakiem oraz Starym Traktem Kamieniogórsko-Kowarskim (to stara droga łącząca niegdyś Kotlinę Jeleniogórską z Kotliną Kamiennogórską przez Rudawy Janowickie). Potem,tuż za leśniczówką, odbijamy już tylko w szlak zielony. Tak, jak wczoraj i przedwczoraj, brodzimy w śniegu, sporo większym niż na Krzyżnej Górze. Wpadamy co chwilę w niego po kolana. Na szczęście droga nie jest męcząca. Momentami mam wrażenie, jakbym szła przez jakiś śnieżny wąwóz.

Najciekawiej wyglądają małe choineczki obsypane śniegiem.
Tuż przy samej Małej Ostrej mijamy Skałki zwane Koniami Apokalipsy. A potem czeka nas już tylko droga na szczyt. Na Skalniku znajdują się rumowiska skalne zwane gołoborzami. Bardzo ładnie widać je z Małej Ostrej. Niestety, dalsza widoczność jest mocno ograniczona. Zejście z Skalnika to właściwie zbieganie lub zjeżdżanie na śniegu, którego już mam pełno w butach i spodniach.



czwartek, 6 maja 2010

W sercu Rudaw Janowickich (Bolczów, Starościńskie Skały) - 9 lutego 2010 roku

Dziś ruszamy spod parkingu pod Szwajcarką (Karpnicka Przełęcz). Tu łączą się trzy szlaki: żółty, niebieski i zielony i nimi tez idziemy aż do samego Rylca, by tam odbić w lewo i dalej już podążać szlakiem zielonym. Naszym celem jest zamek Bolczów. Podobnie jak wczoraj mróz utrzymuje się w granicach 5 stopni, ale po godzinie już go prawie nie czuć. Wspinaczka pod górę skutecznie nas rozgrzewa:)
Na początku szlak jest dość przetarty, ale szybko śniegu sięga po kolana i wypada nam tylko w nim brodzić. Po jakiejś półtorej godzinie docieramy do zamku Bolczów, a właściwie jego ruin. Znajduje się on na wysokości 561 m n.p.m. Dziś można zaobserwować tu fragmenty naturalnych skalnych ścian. W dawnych czasach budowla ta należała do rycerskiego rodu Bolewiców. Dziś przyjemnie jest pospacerować po jego ruinach. Tu, na moście prowadzącym do bramy głównej pijemy herbatkę, a potem ruszamy dalej. Kierujemy się na czarny szlak, mijamy Strażnicę, Głaziska Janowickie, spotkanych wczoraj zuchów :) i docieramy do Skalnych Bram. Wchodzą one w skład grupy skał objętych jedną nazwą: Skalny Most. Ten zbiór skał zawiera następujące twory skalne: wspomniane już Skalne Bramy, Piec, Zapiecek, Przedmoście. Nas najbardziej ciekawią 2 z tych skał. Najpierw jest to Skalny Most, który ma 2 wierzchołki połączone naturalnym mostem skalnym. Tu skały potrafią osiągnąć wysokość nawet 30 metrów.



Drugim ciekawym tworem, przy którym zatrzymujemy się na herbatkę, jest Piec. To bardzo okazała skała o wysokości 20 metrów. Bardzo ja sobie upodobali wszyscy pasjonaci wspinaczki skałkowej, Zerkając w dół widać stromą ścianę i sporo oczek dla wspinaczy. Tuż za Piecem chwilkę zastanawiamy się, czy skrócić drogę i pójść żółtym szlakiem, czy też wydłużysz trasę, by zdobyć najwyższy szczyt tej części Rudaw Janowickich, czyli Lwią Górę, mającą 718 m n.p.m. (dokładnie tyle samo, co Ślęża :)) Wybieramy, oczywiście, dłuższy wariant i za jakieś 20 minut jesteśmy w okolicy Lwiej Góry na Starościńskich Skałach. Oj, wejście tu ciężkie było: w śniegu po kolana i ostro pod górę. Na szczycie tej grupy skalnej znajduje się punkt widokowy, na który nie wchodzimy z powodu dużej ilości śniegu. Kiedyś skały te były ozdobione żeliwnymi figurami lwów.


Kiedy schodzimy z Lwiej Góry wychodzi na chwilę słoneczko, którego dawno nie było widać. Kierujemy się w stronę Strużnickich Skał (540 m n.p.m.). Idziemy Międzynarodowym Szlakiem E 3. Z ciekawszych tworów pojawia się jeszcze Fajka, którą dostrzegłam tylko, niestety, na mapie, bo jakoś chyba na szlaku ją minęliśmy. Już prawie przy samym dojściu do Przełęczy Karpnickiej zabieramy do plecaka mały pniaczek do naszego kominka :)
Jutro ruszamy na podbój Sokolicy!




piątek, 2 kwietnia 2010

Rudawy Janowickie - Sokolik i Krzyżna Góra (8 lutego 2010 roku)

Rudawy Janowickie - tak blisko mnie, a jeszcze nie miałam okazji ani razu ich odwiedzić. zawsze obieraliśmy kierunek na Karkonosze, Śnieżkę, Samotnię czy Szrenicę. A one zostawały jakoś przyćmione przez ich wyższe koleżanki.
Ale tym razem z racji ferii, zdecydowaliśmy się na nieco niższe górki. Rezerwując noclegi na luty, miałam nadzieję, że może tym razem pogoda nam się uda, będzie słoneczko, a duży śnieg nas nie zaskoczy. Niestety, okazało się, że jest całkiem inaczej. Mróz wahający się granicach 5 stopni przez cały nasz pobyt nie popsuł jednak nam wyjazdu :)
Zacznijmy jednak od początku. Osiadamy w Karpnikach, u stóp Krzyżnej Góry, o której będzie nieco później.


Rudawy Janowickie - to niewielkie i dość niskie góry o powierzchni około 90 km2, położone na wschód od Karkonoszy. Góry małe, ale za to piękne. Zimą co prawda były przykryte grubą warstwą śniegu, ale ona pozwoliła mimo wszystko dostrzec ich urok.
Swoją wyprawę zaczynamy od Gór Sokolich, które są częścią Rudaw Janowickich. Ruszając na Krzyżną Górę (przyznam się, że pierwszy raz o niej słyszałam) po drodze natrafiamy na Szwajcarkę. Schronisko to zostało zbudowane na wzór tyrolskiej bacówki. Leży ona na wysokości 520 m n.p.m. Zastajemy zamknięte drzwi, ale dzwonimy, mając nadzieję że ktoś otworzy, bo potrzebuję pieczątkę do książeczki GOT. I tak też się dzieje. Warto było się wprosić i przed wejściem do środka wytrzeć buty, bo dostałam ładną pieczątkę do kolekcji :) Żegna nas tu, tak samo jak powitał pies, który ma tak długa sierść, że ledwo widać mu oczy ;) A jeszcze, kiedy śnieg go oprószył, widok był ciekawszy.

 Ruszamy czerwonym i czarnym szlakiem, które na razie idą równolegle. Potem czarny poprowadzi nas na Krzyżną Górę, a czerwony na Sokolik. Brodzimy, oczywiście, w śniegu. Co prawda na szlaku jest go mniej i jest ubity, ale poza nim sięga już po kolana. Wchodzenie jeszcze jest przyjemne, gorzej będzie ze schodzeniem, bo czułam się wtedy, jakbym zjeżdżała ze ślizgawki. Pierwszy przystanek robimy na Husyckich Skałach, gdzie jest mały punkt widokowy, skąd jest dobre miejsce do obserwacji Sokolika, dumnie prezentującego się w tym zaśnieżonym terenie.




Zjeżdżam stąd na pupie i idziemy na Krzyżną Górę. Jakieś 10 minut drogi, więc to żaden wysiłek. Krzyżna Góra (654 m n.p.m.) to jeden z sześciu szczytów Gór Sokolich, swoją nazwę zawdzięcza znajdującemu się na górze stalowemu siedmiometrowemu krzyżowi. Szczyt sam zaś jest zbudowany z karkonoskich granitów. Niegdyś był tu zamek Sokolec, który spłonął w 1434 roku. Wejście na tę górę w takich warunkach to nie lada wyczyn. Kamienne schodki, które w innych porach roku są pomocą dziś są zasypane. Na szczęście są barierki z lewej strony i lina zuchów, którzy też w tym czasie wybrali się tu na wspinaczkę ;) W kilku miejscach się nią posiłkujemy, w kilku wchodzimy niemal tak jakbyśmy mieli podciągać się na łańcuchach. Na szczycie spędzamy tylko chwilkę, bo mrozu jest około minus 5 stopni. co prawda już go nie czuję, ale widzę, że policzki już są lekko zmrożone.


Teraz pora na Sokolik (642 m n.p.m.). Sam wierzchołek, na który prowadzą metalowe, kręcone i bardzo śliskie schody, tworzą 40-metrowe skały. My jesteśmy akurat na Sokoliku Dużym, gdzie jest platforma widokowa, ale tu obok znajduje się Sokolik Mały. Są i na szczycie ławki, ale siedzenie na nich w tej chwili to niewielka przyjemność. Mimo wszystko na chwilę na nich przysiadamy, by napić się cieplutkiej herbatki. Widoczność jest dość mocno ograniczona z powodu mgły, nisko zalegających chmur oraz lekko prószącego śniegu. Przydałoby się kilka stopni cieplej, zwłaszcza, że w pensjonacie kiepsko grzeją. Powolutku tą samą drogą schodzimy na dół, mijając ponownie Szwajcarkę i szczekającego psa :)



środa, 21 października 2009

Zimowe Karkonosze jesienią - 17 października 2009

Jak ciche są te góry, gdy leżą pod śniegiem,
zaszyte w biały całun kosówkowym ściegiem!
Choć nieżywe na pozór, są tylko w letargu.
Czasem wstrząsną się, z piersi zrzucą stosy piargów
i przeciągną się we śnie.


Miało być tak ciepło, a tymczasem Karkonosze przywitały nas ogromną ilością śniegu. Wszystko zarezerwowane, zaliczka wpłacona, a ja gotowa i spragniona wyjazdu. Mimo niekorzystnych prognoz pogodowych ruszamy w piątek 16 października. Może nie będzie tak źle z tym śniegiem - myślę sobie, jadąc do Karpacza. Tymczasem już za Bolkowem zostajemy osaczeni przez śnieg, którego przybywa z każdym kilometrem. w Karpaczu główna droga jest odśnieżona, gorzej z bocznymi, a na takie właśnie mamy jechać. Dobrze, że mamy zimowe opony, bo podjazd do Pensjonatu Halnego jest dość stromy i zasypany śniegiem. Kopiemy się w nim kilka razy, ale udaje się nam w końcu dotrzeć na miejsce noclegu. A tu kolejne zaskoczenie: okazuje się, że w ośrodku nie ma prądu (powód: sypiący śnieg). Cóż... - dostajemy świeczkę i idziemy się rozpakować do naszego pokoiku.


Sobotni ranek zapowiada się przyjemnie. Śnieg przestał padać, a temperatura waha się w granicach zera stopni. Mamy więc optymalną w tych warunkach pogodę do górskich wędrówek. Z racji tego, że mieszkamy pod Wangiem, dojście do szlaku zajmuje nam niecałe 10 minut. Tam, oczywiście, czeka na nas budka z biletami uprawniającymi do wejścia do Parku Narodowego. Na szczęście uprzejmy pan sprzedaje nam 2 ulgowe bez proszenia o legitymacje.
Ruszamy na zimową wspinaczkę do Samotni i Strzechy Akademickiej. Chwilę po wejście na szlak ściągam bluzę, którą mam pod kurtką, bo jest ciepło. Droga nam znajoma dziś wydaje się nieco obca. Zewsząd widać tylko śnieg: drzewa, jeszcze, zielone uginają się pod naporem śniegu. Szlak ledwo przetarty. Idziemy więc, brodząc w śniegu prawie po kolana. Dobrze, że pożyczyłam sobie od siostry wysokie buty, bo już miałabym w butach mokro i pełno śniegu (tak, jak ma Jacek). Brodzę więc po zaspach i fotografuję, bo przecież w październiku tyle śniegu w Karkonoszach to rzadkość. Przypomina mi się górski śnieg z majowego pobytu. Tamten był taki strasznie mokry, topniejący i nieprzyjemny, a ten dzisiejszy... świeżutki, bialutki puszek :) Aż przyjemnie po nim iść. Na szlaku mijamy tylko nielicznych turystów (jakaś wycieczka i parę osób indywidualnie zdobywających szczyty).


Żałuję, że nie widać Śnieżki. Wszędzie tylko wszechogarniająca biel. Jeszcze nigdy nie byłam zimą w górach, może dlatego teraz zachwycam się pejzażem. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy odwiedzić Kocioł Małego Stawu i stamtąd dostaniemy się do Strzechy Akademickiej. Trasa nie jest długa, więc się nie spieszymy. Przejście całej trasy razem z odpoczynkami w schroniskach zajęło nam 4 godziny. Docieramy do Małego Stawu, który zachwyca nas bajkowym widokiem. Staw jest chyba zamarznięty, albo pokryty śniegiem. Samotnia przykryta śniegiem również - prawie po sam dach. Idziemy do środka ogrzać się herbatką. Brrr... moje spodnie są już mokre do kolan, a przed nami jeszcze troszkę drogi. Na szczęście w butach mam sucho :)


Około południa wychodzi słoneczko, które odbija się od śniegu i tak razi w oczy, że nic prawie nie widać. Przed oczami mam ciemno, a czeka nas wędrówka ledwo co przetartym szlakiem z Samotni do Strzechy. Tu śnieg momentami sięga po pas. Brodzimy w zaspach, próbując przechytrzyć słońce odbijające się od śniegu, bo każde zachwianie grozi upadkiem ze szlaku w miękki puch, z którego wygrzebać się czasem nie jest łatwo. Mimo ogromnego śniegu za jakieś 10 minut jesteśmy w Strzesze Akademickiej. Tam witamy się z bałwankiem marznącym pod schroniskiem i idziemy do środka po pieczątkę do książeczki GOT. Pod Strzechą usypanego śniegu chyba z półtora metra. I jeszcze panowie usypują stertę zrzucając śnieg z dachu.
Zejście do Karpacza przebiega w mniej sprzyjających warunkach, gdyż słońca zachodzi, a mgła robi się coraz większa. Widoczność jest minimalna, a dodatkowo zaczyna prószyć śnieg. Poza tym w połowie drogi orientujemy się, że schodziliśmy nie tym szlakiem, co planowaliśmy. Chcieliśmy wyjść pod Wangiem, idąc przez Polanę, a jakimś dziwnym trafem zeszliśmy tak zwanym torem saneczkowym i wyszliśmy niedaleko Orlinka. Widać tamta droga była zasypana.
Trafiliśmy na optymalne warunki do wspinaczki:) Dzień później śnieg sypał okropnie, więc wtedy z wyjścia byłyby nici.



czwartek, 24 września 2009

Wielka Sowa - 1015 m n.p.m. - 6 września 2009


Pamiętam, że kiedyś tam byłam, chyba jeszcze w czasach podstawówki i raczej niewiele z tego wyjazdu pamiętam. Pora więc przypomnieć sobie, jak wyglądają. O Schronisku pod Orłem też już słyszałam, więc pora odwiedzić Góry Sowie. Roztaczają się one dumnie na długości 26 km między Górami Wałbrzyskimi a Bardzkimi. Góry te dzielą się kilkoma przełęczami, a z każdej z nich można wejść na inny szczyt. My za cel obieramy sobie Przełęcz Sokolą, by stamtąd dostać się na Wielką Sowę, gdzie znajduje się wieża widokowa. Ruszamy dość późno, bo gdzieś po godzinie 15.00, dlatego musimy się spieszyć z wejściem. Poza tym robi się zimno, a i pewnie zrobi się szybko ciemno, bo to już wrzesień. Znaki wskazują czas wejścia na szczyt około 40 minut, co się potem okazało bzdurę, bo na każdym z kolejnych oznaczeń był podany inny czas. Po około 10 minutach docieramy do Schroniska pod Orłem. Tu robimy kilka zdjęć z Duchem Gór:) Idziemy długo lasem, a w zasadzie czymś, co można nazwać pozostałością po lesie.

W tym miejscu można zauważyć ogromne zniszczenia w drzewostanie, chyba największe w całych Karkonoszach. Połamane drzewa to efekt silnych wiatrów. Turystów na szlaku jest już niewielu, mijamy tylko pojedyncze osoby. Idziemy, zatrzymując się co jakiś czas na jagódki, których tu było chyba więcej niż w Tatrach czy Bieszczadach. Jacek zatrzymuje się na rwanie prawie cały czas, a my z mamą nawołujemy go do pospieszenia się, bo noc nas zastanie, ruszając się w tak żółwim tempie.

Po jakiejś godzince jesteśmy na szczycie. Ale tu ładnie :) Chyba przyjemniej niż na szczycie Ślęży, a do tego piękne widoczki, rozpościerające się z każdej strony. Co prawda pogoda nie zachwyca, ale widoczność jest w miarę dobra. Wchodzimy na początkową część wieży widokowej i oglądamy. A kto zgadnie co? Oczywiście Ślężę :) Żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą kiełbasek, bo jest tu kilka ciekawych miejsc na ognisk czy grilla. W zasadzie to nic nie mamy do jedzenie. Kupujemy więc czekoladę i kawę, by się nieco ogrzać, bo chłodzenie na górze jest spore. Chwila odpoczynku na pniaczkach i ruszamy w dół. Po drodze zbieram kilka pieczątek i rozczarowuję się zachwalanym przez wszystkich Schroniskiem pod Orłem.
Następnym razem trzeba się wybrać na Przełęcz Jugowską, a stamtąd na Kalenicę.


piątek, 18 września 2009

Ślęża na pożeganie wakacji (30 sierpnia 2009)

Nieprawdopodobne, że w tym roku po raz pierwszy jestem na Ślęży! Ja, która chodziłam tam po kilka razy w roku, zaczynając czasem już w lutym. W tym roku było jednak dużo innych górek:)

Ruszamy więc w czwórkę w niedzielne popołudnie. Docieramy tradycyjnie na Przełęcz Tąpadła. Tu tradycyjnie jest problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania, ale udaje się :) Teraz możemy ruszać. Docieramy na szczyt w 45 minut, choć znaki wskazują godzinny czas wejścia. Przecież to taka mała górka (718 m n.p.m.) - można na nią niemal wbiec bez zmęczenia. I tak też się dzieje prawie z nami!

Szybkie tempo i jesteśmy pierwszy raz w tym roku na ślężańskim szczycie. Najpierw posilamy się bananami niesionymi na górę, a potem podziwiamy widoczki i robimy foteczki. Widoki dziś są bardzo ładne. Widać mój Buków, zalew w Mietkowie, Wrocław i Śnieżkę też. Następnie pora na niedźwiadka - wspinamy się na tę starożytną rzeźbę kultową we trójkę.


Potem ja, jak zwykle, nie mogę z niej zejść... Ale udaje się przy lekkiej pomocy Jacka. Ruszamy na 12-metrową wieżę widokową. Jedno pięterko, drugie pięterko i jesteśmy na samej górze. Tylko mama zatrzymała się na pierwszym piętrze, bo wyżej iść się bała. A my podziwiamy wszystko z góry. Jakub pozuje do zdjęć wchodząc na barierkę, aż wszystkim zebranym na górze robi się gorąco ze strachu i proszą go, by nie odlatywał. Z wieży wkoło rozpościerają się piękne widoki. Obok nas dumnie góruje nad Ślężą 132-metrowy maszt telekomunikacyjnej stacji przekaźnikowej, z drogiej strony kościół pw. Najświętszej Marii Panny.

Na górze robi się tłumnie (tutaj tłumem jest już 5 osób, hihi), więc schodzimy na dół. Tu jeszcze tradycyjnie trzeba pochodzić sobie po skałkach i wtedy już można ruszać do domu. Pierwsze w tym wejście na Ślężę zaliczone :)

środa, 16 września 2009

Szlakiem bieszczadzkich cerkwi i zapór (17 sierpnia 2009 roku)

Zielone wzgórza nad Soliną
i zapomniany ścieżek ślad.
Flotylle chmur znad lasów płyną,
wędrowne ptaki goni wiatr.
A dalej widzisz już horyzont,
do nas z odległych wraca stron...


Dziś schodzimy nieco niżej, opuszczamy górskie szlaki, ale nie góry:) Pozostajemy tu jeszcze pół dnia, odwiedzając Solinę i Myczkowce oraz okoliczne cerkwie.


W cerkwi w Rabem byliśmy wczoraj, więc dziś pora na kolejne. Miały być te w Żłobku, Czarnej..., ale poranne spotkanie z przewodnikiem spowodowało, że zmieniliśmy plany i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Hoszowczyk, Równia i Ustjanowa znalazły się na trasie do Soliny i Myczkowców, więc je odwiedziliśmy. W Hoszowczyku zerkaliśmy do środka tylko przez szybkę w drzwiach. Niestety, była zamknięta, a nie było czasu, aby szukać kogoś, kto ma do niej klucze. Na szczęście udało nam się zwiedzić cerkiew w Równi. Trafiliśmy na otwarte drzwi. W środku jednak nie zachował się ikonostas taki piękny jak w Rabe. Potem był jeszcze Ustjanowa - też zamknięta, a do tego wokół niej trwały prace remontowe.

Ruszyliśmy nad Solinę. Zawsze chciałam zobaczyć zalew i zaporę osobiście, bo do tej pory znałam ją z opowieści mamy. Zostawiamy auto jakieś pół kilometra od zapory i idziemy piechotką (oj, gdybym wiedziała, to wzięłabym lepsze buty), bo wiemy, że czym bliżej, tym gorzej będzie z zaparkowaniem. I rzeczywiście tak było. Leniwi kierowcy krążyli po parkingach, szukając miejsc. A na Solinie? Tłumy... Niemal jak na Krupówkach czy w giżyckim porcie w sezonie letnim. Pogoda cudna, aż człowiek wykąpałby się w zalewie. Z góry patrzyliśmy jak ludzie pływają na żaglówkach (oj, przypomniały mi się Mazury...) i rowerkach wodnych w kształcie samochodzików. Spacerujemy deptakiem nad zaporą, zerkając na turbiny. 80 metrów to już nie tama w Mietkowie, ale ogromnego wrażenia na mnie nie robią.


Chyba ładniej i spokojniej będzie nad Zalewem Myczkowskim. Więc ruszamy tam. Rzeczywiście jest dużo mniej ludzi, w zasadzie to tylko kilka osób, jakaś jedna przystań z wypożyczalnią rowerów wodnych i zapora - też o wiele niższa. Z jednej strony mamy przed sobą jeziorko, a z drugiej widok na starorzecze Sanu, w którym przechadzają się czarne bociany.


Jeszcze na dziś zostało nam muzeum miniaturowych cerkwi w myczkowskim Caritasie. W końcu trafiamy i tam, podziwiając wiele, wiele miniatur cerkwi z Bieszczad. Zgrupowane tematycznie w kołach i skwerkach pięknie się prezentują.

Łapiemy jeszcze łyk bieszczadzkiego powietrza, żegnamy góry i ruszamy, bo przed nami długa podróż do Wrocławia. Z mała niespodzianką po drodze. Pięknym widokiem Tatr z odległości ponad 50 km, gdzieś w okolicach Limanowej.

wtorek, 15 września 2009

Tarnica, Połonina Wetlińska (16 sierpnia 2009)


Senne góry – symbol niezgody ze światem,
rezerwat w którym ostatni czerwonoskórzy
nie pogodzeni z samym sobą szukają azylu,
piękna przyrody, dzikiej radości, wolnej miłości,
imperium dla cierpliwych dotykających drzew
nie tylko opuszkami palców ale i językiem
smakując pulsujących soków życia korzeni

Bieszczady – jedna słaba nić wiążąca wszystko,
jednak coś za dużego na rozum i wyrozumiałość
człowieka, jedna nić do związania to co słabe
z ludzkim losem wiszącym nam jednym włosku,
aby utrzymać przy życiu grupy zagubionych
szczęśliwców – wędrujących połoninami,
słychać ich głosy w śpiewie ptaków, wyciu wilka,
widać w jednej kropli wody wypływającej z źródła.

Bieszczady – kościół dla samotnych
w nim tli się zielony płomień nadziei,
lekko na wietrze kołysze się nić pajęcza
wiążąca życie wysnute z samego siebie,
czasem jest liną ratunkową po której pacjent
z poradni zdrowia psychicznego ucieka
przy blasku księżyca w świat wymarzony.

Dlaczego w Bieszczadach nie ma strumyków i jeziorek, tak jak w Tatrach? To chyba pierwsza rzecz, jak nasunęła mi się drugiego dnia wędrówki po bieszczadzkich połoninach.
Startujemy z Rabego. Jest niedziela, więc po szybkim śniadanku idziemy na godzinę 9 do kościoła na mszę. Odbywa się ona w dawnej cerkwi, która pomimo, że malutka, to jest bardzo ładna. A co ciekawe, jako w jednej z nielicznych cerkwi bieszczadzkich zachował się w niej cały ikonostas. Po mszy ucinamy krótką pogawędkę z proboszczem parafii i ruszamy do Ustrzyk Górnych, by stąd wyruszyć na Tarnicę. Niedzielny poranek zaczyna się od awantury o bilety z panią w kasie. Ale szybko znajdujemy się na szlaku i tak, jak dnia poprzedniego długo wędrujemy reglami. Lasu końca nie widać, a może i dobrze, bo upał jest niemiłosierny. Kiedy tylko wynurzyliśmy się z drzew, naszym oczom ukazały się cudne widoki, pomimo że wysoko jeszcze nie byliśmy). Połoniny Caryńska i Wetlińska dumnie lśniły na horyzoncie. Tylko Tarnicy z krzyżem jeszcze nie było widać. Od tej pory idziemy już tylko połoninami, pnąc się raz w górę, innym razem delikatnie schodząc w dół. Jest pięknie, cieplutko - tylko straszny wiatr zasłania twarz wiejącymi włosami.

Ale idziemy, rwąc po drodze jagódki i zachwycając się widokami. Docieramy wreszcie do przełęczy pod Tarnicą. Tu wieje jeszcze mocniej - brr... aż zimno się robi. Na szczyt zostało nam tylko jeszcze niecałe 10 minut. Czym jest jednak te 1346 m n.pm. wobec tatrzańskich ponad dwutysięczników? To zaledwie podnóżek tego, co jest tam. Ale wiem, wiem... Każde góry mają swój klimat, nastrój i każde z nich są piękne, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto kocha góry :)
A na Tarnicy - tłumy oblegające krzyż. A propos myślałam, że jest on nieco większy. Ale w końcu kilkanaście metrów to nie tak mało. To właśnie ten krzyż z tablicą u jego podnóża upamiętnia wejście na szczyt Ojca Świętego, Jana Pawła II, w 1954. To na Tarnicę co roku wierni z krzyżem idą trzema szlakami na drogę krzyżową.


Na szczycie robimy pamiątkowe zdjęcia - w końcu tak trzeba hihi :) Poza tym podziwiamy okolicę: z jednej strony 2 najbardziej znane bieszczadzkie połoniny, z drugiej Halicz, na który nam, niestety, nie uda się już wejść w tym roku. Schodzimy innym szlakiem, tak by dostać się do Wołosatego, licząc na to, że uda nam się złapać busa do Ustrzyk, bo szkoda stracić czasu na przemierzanie 6 km asfaltem. Dość szybko schodzimy w dół, większość trasy pokonując w lesie. Po drodze spotykamy kilka atrakcji, jak na przykład olbrzymia studnia z poidłem dla zwierząt. W Wołosatym udaje nam się złapać na busa, by szybko dotrzeć do Ustrzyk i być gotowym do kolejnej wspinaczki :)

Zatrzymujemy się na chwilkę w knajpce na pierogi z jagodami, podjeżdżamy autkiem do Brzegów Górnych i ruszamy na Połoninę Wetlińską :) (bo przecież dziś jeszcze mało nam gór:)) Ależ to podejście jest ciężkie... Droga pnie się ostro w górę - na szczęście idziemy skrajem lasu, więc można wiele podziwiać. Jest już po godzinie 16.00, wszyscy schodzą w dół, a my dopiero się wdrapujemy na szczyt. Naszym celem jest dotrzeć do Chatki Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Schodzący ostrzegają nas przed żmijami wylegującymi się w słoneczku na gołych skałkach.


Czyżbyśmy znów bili rekordy? - pytam się Jacka. Czas dojścia do schroniska to 1 godzina 30 minut, a my docieramy tam w 45 minut :) Schronisko nic szczególnego, biorę pieczątkę i idziemy na zewnątrz, choć wieje strasznie. W międzyczasie w schronisku oglądamy zdjęcia. Jedno z nich jest niewiarygodne. Przedstawia Tatry widziane w Bieszczadach z odległości około 200 km! Pora schodzić, bo jeszcze musimy dotrzeć do Rabego. Na dole (na Przełęczy Wyżniej) spotyka nas kolejna niespodzianka (zwłaszcza mnie - humanistkę) - symboliczny pomnik Jerzego Harasymowicza w kształcie bramy, a na nim drewniana tablica z jego wszystkim znanym wierszem: "W górach jest wszystko, co kocham...".

Stąd do Brzegów Górnych, gdzie stoi nasz auto mamy jakieś 3 km. Idziemy...ale jak! Na przełaj, bo droga wije się jak serpentyna. Ostatni skrót prowadził przez łąkę, na której za dnia pasły się owce. I tu spotkała nas (nie)wesoła niespodzianka. Jakiś góral gonił nas lagą, wyklinając na co się da..... Ach, szkoda słów. Ale uciekliśmy mu hihi :)


I na koniec dnia kolejna niespodzianka - w Czarnej zatrzymuje mnie do kontroli straż graniczna. Już się wystraszyłam, że za szybko jechałam, ale na szczęście chcieli tylko dokumenty:)
Zrobiło się już prawie ciemno, ale trzeba przecież maksymalnie wykorzystać czas spędzony w Bieszczadach. Zatrzymujemy się więc w Lutowiskach, gdzie jest punkt widokowy z dokładnym opisem panoramy. Podziwiamy piękny zachód słońca. Wcześniej podobny oglądaliśmy nad Sanem, nad którym na chwilkę się zatrzymaliśmy.

piątek, 11 września 2009

Bieszczadzkim szlakiem (15 sierpnia 2009 - Połonina Caryńska)

Przychodzimy, odchodzimy

zostawiamy pot i ślady.
Zabieramy wiatru tchnienie
opaloną twarz i plecy.
Wspominamy w chłodne noce:
Ach Bieszczady! Ach Bieszczady!
Bieszczady? Znałam je do tej pory tylko z opowieści. Ach, jak tam pięknie - zachwycał się każdy. Górska natura kazała wybrać się tam także i mnie:)

Ruszyliśmy w sobotę rano z Rzeszowa, po drodze odwiedzając Gwoźnicę (cóż to była za przeprawa, by dotrzeć do tego miejsca, ale o tym może nieco innym razem). Około godziny 14 byliśmy w Ustrzykach Dolnych, skąd mieliśmy ruszyć zdobywać szlaki. Autko zostawiliśmy przy samej drodze obok przyjemnej knajpki, rezygnując z dość drogiego parkingu BdPN. Troszkę się obawialiśmy o nasz dobytek zostawiony w bagażniku, ale było ok. W planach mieliśmy wejście na Tarnicę, ale przełożyliśmy je na dzień następny, gdyż tego dnia czasu niewiele nas zostało. Postanowiliśmy, że wejdziemy na Połoninę Caryńską. Już na samym początku zaskoczyli nas w kasie, każąc kupić bilety, umożliwiające wejście na ścieżkę przyrodniczą. Paradoksem było to, że bilety umożliwiały też zejście ze szlaku.A co byłoby, gdybym nie miała takiego biletu? Nie zeszłabym ze szlaku?
Ruszamy w górę. Dość długo idziemy lasem, z niecierpliwością czekając, kiedy on się skończy, a naszym oczom ukażą się bieszczadzkie połoniny. Po około godzinie dość intensywnej i bardzo stromej wspinaczki leśnej ukazały nam się pagórki pokryte ogromną ilością wysokich traw i łopianu. Nieco wyżej wyłoniły się piękne widoczki.
Tatry podobają mi się chyba bardziej stwierdzam po pokonaniu kawałka Połoniny Caryńskiej. Tu nie ma wysokich skał, po których trzeba się poruszać robiąc półmetrowe kroki w górę. Ale też jest pięknie! :)Im wyżej jesteśmy, tym piękniejsze krajobrazy. Bezmiar gór i tylko gór ogarnia nas z każdej strony. Tylko gdzieś w dole widać jedną drogę (obwodnicę bieszczadzką). W końcu docieramy na sam szczyt Połoniny Caryńskiej (1297 m n.p.m.) Chwilę odpoczywamy robiąc zdjęcia polskiej i ukraińskiej części Bieszczad. Przed nami Połonina Wetlińska, za nami Tarnica. Pora ruszać, bo jeszcze trzeba zejść i z Przełęczy Wyżniańskiej dostać się do Ustrzyk Górnych. A to odległość około 6 km. Liczymy na to, że uda nam się złapać jakiegoś busa.

Na samym dole dowiadujemy się, że busy jeżdżą co pół godziny. Niestety, żaden nie jedzie, poza jednym, który na przystanku się nie zatrzymał (widocznie tak był zapchany). Podejmujemy decyzję, że idziemy piechotą. Fatalnie idzie się asfaltem, ale nie ma wyjścia. Po jakiś przebytych 4 kilometrach trafia nam się okazja. Podwozi nas starsze małżeństwo, z którym wcześniej mijaliśmy się na szlaku. Zawożą nas pod nasze autko, skąd ruszamy na nocleg do Rabe - bardzo urokliwego miejsca z przytulnym pensjonatem.

wtorek, 8 września 2009

Kasprowy (Wierch oczywiście)- Świnicka Przełęcz - 31 lipca 2009

Wróć. Tatry przyzwały cię tęsknotą.
Pomówimy sam na sam o tobie.
Samotne jak ty - kipiące i dzikie - czekamy odważnie.
A czas nam serca szarpie i żłobi jak potok.
Zanurz się w naszych mgłach jak w dniach skąpanych chmurą,
Naprzeciw nieba stań i pij nasz urok.
Zmierzchem niesiona mgła uchyli ci tajemnicy:
niebo czeka jak ty, czeka pełni księżyca, jak ty czekasz na siebie -
czarne, smutne bezmiernie, czeka swojej wielkości, czeka swojej pełni.

To już, niestety, ostatni dzień wędrówki po Tatrach:( Miała być Świnica, ale mgła pokrzyżowała nam plany i dotarliśmy tylko przez Kasprowy Wierch do Przełęczy świnickiej, by z niej zejść do Hali Gąsienicowej z kilkunastoma pięknymi stawikami. Rankiem nic zapowiadało, że pogoda pokrzyżuje nam plany i uniemożliwi zdobycie Świnicy. By kolejny raz nie iść Doliną Jaworzynki i nie odwiedzać Murowańca postanowiliśmy, że na Świnice wejdziemy przez Kasprowy Wierch i Przełęcz Liliowe.

Ruszamy z Kuźnic. Według znaków na Kasprowy idzie się 3 godziny. My dotarliśmy tam w 1 godzinę 50 min. Nie, rekordu nie biliśmy, tylko Jacek narzucił takie szybkie tempo. 40 minut i byliśmy pod Myślenickimi Turniami i potem już tylko droga na szczyt Kasprowego. Całkiem prosta i lekka, pomimo, że wielu z turystów, których mijaliśmy narzekało, że to wejście jest tragicznie trudne. Nad nami śliczne niebo, słoneczko. Dopiero pod samym szczytem zauważyliśmy, że na niebie pojawiają się burzowe chmurki. Przypomniała mi się burza, jak spotkała nas rok temu, kiedy zbiegaliśmy z Kasprowego (z rekordem 1h 40 min). Na szczycie przez chwilkę trafiliśmy na cudne widoki, gdyż zaraz potem całe góry przykryły chmury i mgła. A ny znaleźliśmy się ponownie w nich. Do tego ziąb i silny wiatr. Rozpoczynam poszukiwania pieczątki do książeczki GOT. Udaje mi się tow końcu w jakimś sklepiku ze sprzętem narciarskim, choć nieuprzejma pani z kiosku zapewniała mnie, że na całym Kasprowym takiej pieczątki nie dostanę.

Stempelek zdobyty (bardzo ładny zresztą), idziemy na Świnicką Przełęcz, bo w końcu przecież Świnica czeka. Mgła jednak i chmury ograniczają widoczność do kilku metrów :( Chyba ze Świnicy trzeba będzie zrezygnować :( Rezygnujemy, tak samo, jak robi to wielu turystów znajdujących się na Przełęczy Świnickiej. Jeszcze tylko robimy pamiątkowe zdjęcie ze Świnicą w tle, hihi :) Widać ją gdzieś za chmurami i mgłami... Cóż trzeba schodzić do Kuźnic. Idziemy Halą Gąsienicową. Tu widoczność jest nieco lepsza, więc możemy podziwiać liczne stawiki: czerwone, zielone.... Samo piękno tatrzańskie:) Brrr... tylko coraz zimniej się robi. A że i głód mnie dopadł, więc siadamy na kamyku nad stawem i jemy bułeczki:)
Oj, będę tesknić przez cały rok za Tatrami, pięknymi widokami, wędrówkam i wspinaczkami do utraty tchu...