sobota, 9 lutego 2019

Kudłacze - Lubomir - Kudłacze - 9 lutego 2019

Jedyny na trasie punkt widokowy kawałek za Trzema Kopcami
Pomysł wycieczki na Lubomir gdzieś nam w głowie świtał, ale nie był celem, który podczas tego wyjazdu chcieliśmy za wszelką cenę zrealizować. Wczorajsza rozmowa z gospodarzem schroniska na Luboniu Wielkim utwierdziła nas jednak w przekonaniu, że warto wybrać się na ten szczyt, zwłaszcza że jest po drodze. Jego zdobycie nie wymaga większego wysiłku ani dużej ilości czasu. Pakujemy się więc rano i ruszamy w stronę Pcimia, a dokładnie do miejscowości Kudłacze, skąd planujemy ruszyć na szczyt.
Parkujemy jakieś 200 metrów poniżej schroniska PTTK Kudłacze (parking płatny 10 zł), skąd roztacza się przepiękny widok na Tatry (na powrocie już go nie będzie, bo pogoda się zepsuje). Mega oblodzoną drogą udajemy się do schroniska. Wstępujemy do niego, ponieważ potrzebujemy przybić pieczątkę w książeczce Diademu Polskich Gór oraz zakupić drewniany znaczek turystyczny.  Poza tym jest strasznie zimno. I choć uszliśmy dopiero 200 metrów, jesteśmy zmrożeni przez silny wiatr. Poza tym chyba po raz pierwszy zostaliśmy zwiedzeni prognozą pogody, która zapowiadała ciepło. Ubraliśmy więc się lżej i to był wielki błąd.
Widok na Tatry z parkingu obok PTTK Kudłacze
Schronisko PTTK na Kudłaczach choć położone w miejscu, gdzie można dojechać samochodem i dosyć nisko (730 m n.p.m.) to klimatyczne i ładne.  Leży ono w Paśmie Lubomira i Łysiny, na polanie Nad Nowinami. Zaliczane jest według regionalizacji fizycznogeograficznej Jerzego Kondrackiego do Beskidu Wyspowego. Z kolei na mapach i w przewodnikach turystycznych zaliczane jest przeważnie do Beskidu Makowskiego, a w niektórych przewodnikach nawet do Beskidu Myślenickiego.
Jeśli chodzi o staż to jest to schronisko nowe, bo uroczystego otwarcia dokonano we wrześniu 1994 roku.  Można do niego dotrzeć drogą dojazdową od strony Pcimia, ale też koleją krzesełkową z Zarabia w Myślenicach na Chełm.
Pod schroniskiem znajdują się tablice informujące, że na szczyt jest około 1 godzina 40 minut drogi. DO wyboru są 3 kolory szlaku: czerwony, czarny i zielony. Liczyliśmy wcześniej, że wejście zajmie nam mniej czasu, ale jednak szlakowskazy się nie myliły. Wybieramy dziś ten najkrótszy, choć różnica czasowa nie jest znacząca. Poza tym wszystkie spotkają się na Łysinie, z której na szczyt Lubomina prowadzi już tylko szlak czerwony. Pomimo tego, że idziemy bardzo szybko (jest strasznie zimno i wietrznie), to czasu wiele nie nadrabiamy. Poza tym czerwony szlak jest dość mocno oblodzony, a tam, gdzie śnieg nie do końca się stopił porobiły się w nim dziury. Trzeba więc dość mocno uważać.
Obserwatorium astronomiczne na Lubomirze
Jeśli chodzi o przewyższenie, to nie jest ono duże. Przechodzimy przez dwa niezbyt wyróżniające się szczyty: Łysinę i Trzy Kopce, przy których robimy sobie zdjęcia. Jakieś 500 metrów za Trzema Kopcami pojawia się chyba jedyny na trasie punkt widokowy, Zatrzymujemy się na nim na chwilę, bo wiemy, że z Lubomira nie zobaczymy już nic więcej. Szczyt jest całkowicie zalesiony.
Lubomir to szczyt o wysokości 904 m n.p.m. położony w Pasmie Lubomira i Łysiny. Nazwa pochodzi od księcia Kazimierza Lubomirskiego, który w 1922 roku ofiarował domek myśliwski i lasek na szczycie pod budowę obserwatorium astronomicznego. To właśnie chęć odwiedzenia tego obserwatorium stała się jedną z przyczyn wyprawy na Lubomir. Czytaliśmy na stronach, że w okresie zimowym jest czynne tylko w niedzielę. Dziś sobota, więc chyba będzie zamknięte, ale nie mamy 100% informacji. Zaryzykujemy, zwłaszcza że i tak chcemy zdobyć ten szczyt. Tak, jak sądziliśmy, przywitały nas zamknięte drzwi.  Od kwietnia do października można jednak wejść do obserwatorium również w sobotę, a w wakacje dodatkowo w czwartki i piątki.
I jak zwykle bałwanki na szlaku
Może jeszcze kiedyś będąc w okolicy zawitamy na szczyt i uda nam się zobaczyć pokaz oferowany przez obserwatorium. Na pewno musi być pięknie, zwłaszcza w pogodną, rozgwieżdżoną noc.
Tym, co zapamiętamy z wejścia na Lubomir to zimny i przeszywający wiatr, przed którym nie było się gdzie schronić. Wchodzimy na schodki znajdującej się tu niewielkiej drewnianej budowli, gdzie wieje minimalnie mniej, ale i tak jest lodowato. Nawet gorąca herbata niewiele nas rozgrzewa. Trzeba po prostu ewakuować się stąd jak najszybciej na dół. A to mniej więcej godzina drogi. Na szczęście dość szybko udaje nam się już teraz rozgrzać i pozbyć drugiej pary grubych rękawic. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak bardzo zmarzliśmy podczas zdobywania tak niskiej i mało wymagającej górki. Ogólnie pokonaliśmy dziś ponad 10 km w czasie około 3 godzin. Na koniec wędrówki wstępujemy ponownie do schroniska. Niestety, jest ono tak przepełnione, że nie ma gdzie postawić nogi. Obiecana gorąca czekolada musi więc poczekać na inne czasy.


PTTK Kudłacze









piątek, 8 lutego 2019

Rabka Zaryte - Luboń Wielki - Rabka - 8 lutego 2019


Luboń Wielki to jeden z celów naszego wyjazdu na ferie. Tak więc nie mogło go zabraknąć. Po wczorajszym Kasprowym dziś śpimy dłużej, więc na szlak wyruszamy też później. Na Luboń można wejść z kilku miejscowości leżących u jej podnóża: z Rabki Zaryte, Glisnego, Mszany Dolnej, Skomielnej Białej. My oczywiście, wybieramy szlak najtrudniejszy. Nie specjalnie oczywiście, ale przyznam się szczerze, że wcześniej nie czytaliśmy nic na temat szlaków, ich trudności, czasu przejścia. Zdecydowaliśmy jedynie, że idziemy z Rabki Zaryte, a szlak żółty lub niebieski wybierzemy na miejscu. Gdybyśmy wiedzieli, jaki jest szlak żółty, pewnie byśmy się na niego nie zdecydowali. Z drugiej jednak strony warto było go zobaczyć. Tak więc wracając do początku. Podjeżdżamy do Rabki Zaryte i zostawiamy samochód niedaleko szlaków. Decydujemy się wejść żółtym szlakiem, czyli tak zwaną Percią Borkowskiego. Jest to szlak prowadzący przez rezerwat przyrody Luboń Wielki. Nazwę szlaku nadano na część Stanisława Dunin-Borkowskiego – budowniczego i wieloletniego gospodarza schroniska PTTK na Luboniu Wielkim. Szlak latem nie sprawia trudności, zimą w sumie nam też, ale osoby nie wprawione w chodzeniu mogą mieć trudności ze względu na to, że trzeba się powspinać po skałkach, momentami prowadzi przez gołoborza. Poza tym jest dość spore przewyższenie, bo wynosi 560 metrów i ma ponad 5 kilometrów. To mniej więcej 2 godziny marszu.


Dziś idzie się wyjątkowo ciężko. Nie jednak z racji przewyższenia, ale stanu szlaku. Na początku jest sporo połamanych drzew i oblodzenie. Potem niestety w śniegu są straszne dziur, będące efektem roztopów i późniejszego zmrożenia. Wpadamy momentami po kolana w te dziury. Pierwszy mniej więcej kilometr to spacer po prawie płaskim terenie. Za plecami mamy Królewską Górę, na której byliśmy kilka dni temu. Więcej niestety nie widać, bo powietrze jest zamglone, a widoki niestety ograniczone. Po około godzinie stromego podejścia lasem dochodzimy do miejsca, w którym zaczyna się rezerwat przyrody Luboń Wielki (o powierzchni prawie 12 hektarów) utworzony dla ochrony największego w Beskidzie Wyspowym gołoborza oraz skałek zwanych Dziurawymi Turniami i jaskini. W grupie skał zwanych Dziurawymi Turniami doliczono się 13 jaskiń i szczelin skalnych. Najsłynniejsza z nich to Jaskinia w Luboniu Wielkim. W zasadzie owe skałki są jedynym miejscem, które może sprawić w zimie trudność na szlaku. Latem to atrakcja, zwłaszcza dla dzieci, które lubią wspinać się po skałkach. Zimą trzeba zachować troszkę ostrożności. Z okolicy skał roztacza się ładny widok na Beskid Wyspowy. Dziś niestety zamglony.
Gołoborza na zboczach Lubonia
Po przejściu przez gołoborze czeka nas jeszcze krótki fragment podejścia przez las i naszym oczom ukazuje się schronisko zlokalizowane na szczycie. Schronisko ma ciekawy wygląd i zawsze mnie ono urzekało, dlatego chciałam na Luboń Wielki przyjść. Kiedy tu docieramy okazuje się, że drzwi są zamknięte. Jesteśmy przerażeni, bo chcieliśmy się tu zagrzać. Na szczęście na drzwiach jest dzwoneczek i po jego naciśnięciu pojawia się mężczyzna, który wpuszcza nasz do środka. Jesteśmy uratowani i zagrzani ;) Ciepła kawa, gorąca czekolada, miła rozmowa w środku - spędzamy tu bardzo miłe chwile.  Gospodarz podsuwa nam pomysł jutrzejszej wycieczki - na Lubomir. Być może będzie otwarte tam Obserwatorium Astronomiczne. Poleca nam także schronisko na Kudłaczach. Jutro je odwiedzimy.
Widoki z Lubonia na Beskid Wyspowy
Wracając jednak to Lubonia, to schronisko, zarówno w środku, jak i na zewnątrz jest bardzo klimatyczne. Jego budowę zaczęto w 1930 roku z inicjatywy Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Rabce. Do użytku oddano je w 1931 roku. Schronisko swoim wyglądem przypomina domek Baby Jagi i jako jedyne schronisko posiada pokój z oknami na 4 strony świata. Obudzić się w takim pokoju - marzenie ;) Piękne widoki roztaczają się z polany przy schronisku: jest to widok na północną i zachodnią stronę, szczególnie dobrze widać stąd Szczebel, Lubogoszcz, Babią Górę i Beskid Makowski. Dane nam jest podziwiać, bo widoczność się poprawiła. Patrzę na różne szczyty, które przybliża nam gospodarz schroniska i stwierdzam, że następny dłuższy wypad w te rejony pewnie zaplanujemy już tylko w Beskid Wyspowy, by poznać go bliżej i dokładniej. Podoba mi się widok gór wyłaniających się jak wyspy z ziemi. Zdobycie każdej z nich wiąże się z pokonywaniem za każdym razem sporego przewyższenia.
Perć Borkowskiego
Luboń Wielki to najwybitniejszy szczyt w Beskidzie Wyspowym położony na wysokości 1022 m n.p.m., przez miejscowych zwany jest Biernatką. Jego wybitność jest zauważalna, ponieważ widać go z wielu miejsc. Na szczycie jest charakterystyczny maszt. Weszliśmy na niego też z innego powodu - należy on do Diademu Polskich Gór.
Ze szczytu schodzimy niebieskim szlakiem. Początkowo to szeroka, ubita droga pokrywająca się ze szlakiem zielonym. Szlak zielony jest drogą dojazdową do schroniska, dlatego jest on utrzymywany w dobrym stanie. Potem skręcamy na szlak niebieski, ale on jest też całkiem w porządku. Dopiero pod sam koniec wycieczki  jest on roztopiony i wtedy właśnie przemaczamy buty.
Wycieczka na Luboń Wielki to przyjemny spacer, wymagający troszkę wysiłku, bo przewyższenie jest spore. Poza tym Perć Borkowskiego może być męcząca dla niektórych osób. Zrobiliśmy dziś około 12 kilometrów w jakieś 4 godziny. Sporo brodziliśmy w śniegu, zmoczyliśmy buty, ale było bardzo przyjemnie. Poznaliśmy nowe miejsce, które nam się bardzo spodobało.







Schronisko na Luboniu Wielkim








Szlak niebieski z Lubonia do Rabki Zaryte

czwartek, 7 lutego 2019

Kuźnice - Murowaniec - Kasprowy Wierch - Myślenickie Turnie - Kuźnice - 7 lutego 2019


Kasprowy Wierch – to słowo chodzi nam po głowie od czasów jeszcze sprzed wyjazdu na ferie. Zimowe Tatry zawsze były naszym marzeniem. Ale nie dolinki mieliśmy na myśli, bo po nich zimą już spacerowaliśmy, a i nawet jak Michaśko miał 3 lata wjechaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch. Ale to nie to samo. Pora na zimowe zdobycie jakiegoś poważniejszego szczytu w Tatrach. Kasprowy Wierch wydał się najlepszym pomysłem i miał być najważniejszym elementem wyjazdu na ferie. Jeszcze tydzień przed nie wiedzieliśmy do końca, czy pomysł uda się zrealizować, bo warunki pogodowe były niezbyt sprzyjające, a lawinowa trójka zdecydowanie skazywała pomysł na porażkę. Pogoda jednak w górach jest nieprzewidywalna i codzienna jej analiza utwierdzała nas w przekonaniu, że jednak może się uda. W środę i czwartek zagrożenie lawinowe wynosiło już tylko 1, a pogoda była fantastyczna. Nie można było tego zmarnować.
A tak abstrahując od wyższych celów, to wejściu przyświecał jeden przyziemny - sernik na Kasprowym, o którym Michaśko marzył od dłuższego czasu :)


Wczesna pobudka i z Rabki ruszamy do Zakopanego. Pusta „zakopianka” to coś, czego chyba jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy. Puste Zakopane wczesnym rankiem też wprawia nas w zdziwienie. Szukamy dogodnego miejsca parkingowego przy dworcu. Udaje się je szybko znaleźć i 2 minuty później znajdujemy się w busie jadącym do Kuźnic. Radość ogromna, bo pogoda cudowna, a moment znalezienia się na szlaku bliski.
Decydujemy, że na Kasprowy wejdziemy przez Murowaniec, a zejdziemy przez Myślenickie Turnie. Schronisko na trasie nam się przyda. Poza tym, gdyby warunki się pogorszyły, zawsze można na Hali Gąsienicowej wycieczkę zakończyć. Natomiast takiej opcji nie ma na szlaku prowadzącym przez Myślenickie Turnie. Startujemy z Kuźnic około godziny 7.30. Na szlaku jest w zasadzie jeszcze pusto. W powietrzu czuć lekki chłodek, ale szybko będziemy pozbywać się kolejnych warstw ubrania.
Idziemy niebieskim szlakiem prowadzącym przez Boczań. Wolimy go zdecydowanie bardziej niż żółty, biegnący Doliną Jaworzynki. Różnica polega na tym, że ten pierwszy mniej więcej równomiernie rozkłada poziom przewyższenia, fundując nam jednak sporą rozgrzewkę na samym początku wędrówki. Ale jednocześnie oferuje dość szybko piękne widoki. Drugi natomiast, czyli żółty prowadzi przez dłuższy czas spokojną piękną dolinką, by dopiero potem zacząć szybko i ostro piąć się w górę. Nieważne, który szlak wybierzemy – oba są super, oba mają taki sam czas przejścia i oba zaczynają oraz spotykają się w tym samym miejscu, czyli najpierw w Kuźnicach, a potem na Przełęczy między Kopami (tzw. Karczmisku, położonym na wysokości 1499 m n.p.m.).


Szlak niebieski po około 10 minutach drogi doprowadza nas do skrzyżowania. My obieramy kierunek w prawo, ale można też iść prosto zielonym szlakiem i zdobyć np. Nosal. Pierwszy pokonany przez nas odcinek jest dość śliski, dlatego na rozdrożu zakładamy raki, choć potem w zasadzie do samego Murowańca da się pokonać trasę bez nich. Pozbywamy się też jednej warstwy ubrań i ruszamy dalej. Jest delikatnie stromo, jeśli tak można powiedzieć. Ludzi na szlaku na razie minimalna ilość. W sumie dziś poza samym Kasprowym i narciarzami z niego zjeżdżającymi nie możemy narzekać na tłumy. Po mniej więcej 15 minutach docieramy do zakrętu, z którego roztacza się widok na ośnieżone szczyty. Widać pięknie Giewont i Kalatówki. Radość ogromna, bo za kilka godzin będziemy tam wysoko. Tymczasem za kilkanaście minut opuścimy las i dostaniemy się na grzbiet Skupniowego Upłazu. Oddziela on Dolinę Jaworzynki od Doliny Olczyska. Odsłaniają się przez nami cudne widoki. I właśnie za nie najczęściej decydujemy się na ten szlak. Im wyżej, tym piękniej. Za plecami przez cały czas mamy Babią Górę. Pięknie widać też Nosal i Kopieniec, które górują nad Doliną Olczyską. Kiedy podjedziemy nieco wyżej trawersując grzbiet Skupniowego Upłazu odsłaniają się widziana z góry Dolina Jaworzynki. Stąd już tylko kawałeczek drogi i niewielkie podejście na Karczmisko, będące wrotami do Hali Gąsienicowej. Jeszcze tylko chwil i odsłoni się przed nami jeden z piękniejszych niżej dostępnych widoków w Tatrach. Taki pocztówkowy klasyk, jeśli chodzi o widoczki. Wcześniej jednak chwila odpoczynku na słoneczku. W sumie od startu z Kuźnic to dopiero pierwsza przerwa. Wiemy, że kolejna będzie za chwilę w Murowańcu, ale tu jest tak pięknie, ciepło i słonecznie, że grzechem byłoby nie skorzystać z chwili wytchnienia w takich warunkach.


Do schroniska Murowaniec prowadzi wygodna, dziś super udeptana szeroka droga. Hala Gąsienicowa jest praktycznie pusta. Spotykamy po drodze tylko kilka pojedynczych osób. Z każdej strony otaczają nas skąpane w słońcu Tatry z dominującym Kościelcem. Hala Gąsienicowa to obecnie w potocznym rozumieniu jest to nazwa północnej części Doliny Gąsienicowej w Tatrach obejmującej Rówienki i otoczenie schroniska „Murowaniec”. Znajduje się na niej także kilka innych budynków: szałasy, leśniczówka, strażniczówka TPN „Gawra”, Stacja Obserwacyjna Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN i baza taterników, tzw. „Betlejemka”. Na Hali byliśmy wiele razy, bo to dobre miejsce wypadowe w różne wyższe rejony Tatr. Rok temu np. idąc czarnym szlakiem z Brzezin dotarliśmy tu, by wejść na Krzyżne.
Odcinek z Przełęczy między Kopami a Murowańcem pokonujemy leniwym tempem, delektując się ciszą i pustką. Pogoda jest idealna, godzina wczesna. Już wiemy, że pomysł wejścia na Kasprowy Wierch jest realny i podejmujemy się jego realizacji. Tymczasem pora na odpoczynek w schronisku PTTK „Murowaniec”. W środku jest względnie pusto, mamy dla siebie cały stolik. Do naszej obecnie 4-osobowej ekipy dołączają tu 2 osoby . Silna 6-osobowa drużyna Sudeciaków jest więc gotowa na podbój Kasprowego J Startujemy pełni energii.


Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie pod Murowańcem i jakieś niecałe 2 godziny dzielą nas od znalezienia się na szczycie. Oj, już wiemy, że to będą niezwykle piękne chwile, pełne zachwytu, śmiechu i dobrej zabawy.  A przede wszystkim kolejny raz uświadomimy sobie, że zima w górach, a w Tatrach zwłaszcza jest przepiękna. Pierwszy etap naszej trasy to spokojne podążanie w górę. Mijamy odbijający w lewo niebieski szlak prowadzący na Czarny Staw Gąsienicowy. Nam na sam szczyt będą towarzyszyć żółte znaczniki. Może o tej porze roku nie tyle znaczniki, co tyczki, bo śniegu jest sporo. Chyba jednak nie tak dużo jak w Karkonoszach, albo to może tylko nasze złudzenie. Po dojściu do dolnej stacji wyciągu szlak zaczyna się dość mocno piąć w górę. Od tej pory wejście bez raków jest raczej niemożliwe. Śnieg jest twardy, dość mocno zmrożony, a do tego nasila się wiatr, który przed samym szczytem i na szczycie stanie się uciążliwy. Czym jest jednak wiatr w porównaniu z pięknem otaczającej nas przyrody. Pierwszy raz mamy okazję podziwiać z bliska ośnieżone tatrzańskie szczyty, które prezentują się całkiem odmiennie niż latem. Zresztą sam Kasprowy zimą robi większe wrażenie niż latem. Latem zdobycie tego szczytu to tak naprawdę spacer wymagający trochę lepszej kondycji. Zimą jednak robi się już z tego mała wyprawa, wymagająca uwzględnienia warunków, kondycji, przeliczenia zwiększonego czasu, wymagająca uwzględniania tego, że trzeba użyć raków, można zapadać się w świeżym śniegu, czy też  wracać z czołówką, bo szybko robi się ciemno. Ale na pewno warto się na ten szczyt wybrać.
Kasprowy wita nas dość zimnym wiatrem i dużym oblodzeniem oraz sporą ilością osób, którzy wjechali tu kolejką, a teraz podejmują zmagania ze śliskim szlakiem, zjeżdżając na tyłkach ze szczytu Kasprowego do stacji kolejki. Chwilami robi się to niebezpieczne, kiedy pod nogi wpadają nam upadający turyści.


Kasprowy Wierch to szczyt o wysokości 1987 m n.p.m. położony w Tatrach Zachodnich. Góruje on nad trzema dolinami: Bystrej, Suchej Wody Gąsienicowej i Cichej. Nazwa Kasprowy Wierch pochodzi od leżącej u podnóży szczytu Hali Kasprowej, a ta z kolei według podań ludowych od imienia lub przezwiska jej właściciela – górala Kaspra.
Z Kasprowego Wierchu roztaczają się wspaniałe widoki w każdą stronę. Czasem mam wrażenie, że szczyt jest nieco niedoceniony albo przytłoczony przez tłumy obecne z powodu kursującej na szczyt kolejki. Na wschodzie i południowym wschodzie możemy podziwiać Granaty, Kościelec, Kozi Wierch, Zawratową, Niebieską i Gąsienicową Turnię oraz Świnicę, na południu galerię szczytów słowackich, na zachodzie szczyty Tatr Zachodnich (a wśród nich Starorobociański Wierch, Czerwone Wierchy oraz Giewont). Na północy, w dole widoczne jest Zakopane.


Powyżej stacji znajduje się Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne. Stoi na samym szczycie, na wysokości 1987 m n.p.m. i jest najwyżej położonym budynkiem w Polsce. Atrakcją szczytu jest słynna dzwonnica, z którą mam wrażenie, że każdy robi sobie zdjęcie.
Schodzimy do położonej nieco niżej stacji kolejki. Tam cudem udaje nam się znaleźć miejsce siedzące. Nie wiem, jak to się stało, ale w środku spędzamy leniwe półtorej godziny. Troszkę się zasiedzieliśmy, a tu jeszcze czeka nas spory kawałek drogi powrotnej. Zdecydowaliśmy, że wracamy przez Myślenickie Turnie. W tym celu ponownie musimy podejść kilkanaście metrów wyżej na szczyt. Tam już prawie pusto.  To idealny moment na sesję zdjęciową, zwłaszcza że słońce powoli chyli się ku zachodowi, dając niesamowite światło i tworząc super kolorki na niebie.
Szlak prowadzący w stronę Myślenickich Turni jest dość mocno oblodzony. Bez raków ciężko byłoby postawić nogę, ale oczywiście odważni się znaleźli. Chyba jednak nie pora, by pisać tu kolejny raz o nieprzygotowanych turystach, zwłaszcza z dziećmi. Szlak jest przez nas kilkukrotnie przedeptany, więc jak najbardziej znany. W początkowym odcinku bardzo widokowy i piękny, zimą jeszcze bardziej. Efekt zachodzącego słońca dodatkowo wzmacnia piękno tego wieczoru. Zejście jest dość szybkie i dosyć szybko wytracamy wysokość. Na wysokości Myślenickich Turni robimy krótki postój. Jest to zbudowana ze skał osadowych czuba na północnym grzbiecie Kasprowego Wierchu, o wysokości 1354 m n.p.m. Na Myślenickich Turniach znajduje się stacja pośrednia kolei linowej z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Myślenickie Turnie otoczone są lasem regla górnego. 


Widoczny jest Giewont, Kasprowy Wierch, Sucha Czuba i otoczenie Doliny Bystrej: Dolina Goryczkowa, w dole polana Kalatówki i Dolina Kondratowa oraz dolna i górna stacja kolejki. Na Myślenickich Turniach zastaje nas już prawie zmrok. Zapalmy czołówki i spokojnie schodzimy na dół. W sumie jeszcze sporo czasu minie, zanim uda nam się dotrzeć z powrotem do Rabki. Mniej więcej w około godzinę trafiamy do Kuźnic i udaje nam się od razu wskoczyć do busa do Zakopanego. Z racji, że nie byliśmy tu około półtora roku, to idziemy na Krupówki, prawie już opustoszałe. Ale były dzieciom obiecane, więc idziemy. Późno już, ale w sumie jutro nie musimy wcześniej wstawać, więc dziś możemy sobie pozwolić na późny powrót. Ostatni etap naszej wycieczki to powrót do auta zaparkowanego obok dworca.
Zrobiliśmy dziś łącznie około 25 km. Czasu włóczenia się nie liczymy, bo z zasadzie od przed 7 do około 20 byliśmy na nogach z dłuższymi lub krótszymi przerwami.